Piramidy w Ustroniu i Tysiąclecie w Katowicach to jego dzieła [MAPA, RYSUNKI]

Czytaj dalej
Fot. Archiwum Aleksandra Franty
Teresa Semik

Piramidy w Ustroniu i Tysiąclecie w Katowicach to jego dzieła [MAPA, RYSUNKI]

Teresa Semik

Lubiliśmy się. Zawód lubił mnie, a ja swój zawód - mówi dr inż. Aleksander Franta, 89-letni architekt. Stworzył wielkie projekty urbanistyczne, wręcz ikony Katowic i Ustronia w zespole autorskim z Henrykiem Buszką. Żałuje, że nie powstała w Parku Śląskim palmiarnia ich projektu.

Przez całe życie zawodowe szedł pan wspólnie z architektem Henrykiem Buszką. Jaki był podział ról w tej spółce autorskiej?
W zawodzie architekta-urbanisty są dwa obszary działania: rozwiązywanie problemów czyli projektowanie oraz zarządzanie, czyli nawiązywanie kontaktów i kierowanie. Jednego ciągnie do rozwiązywania problemów, innego do zarządzania, w różnych proporcjach. Życie mnie ukształtowało i ukierunkowało na projektowanie - frapowały mnie problemy wymagające przemyślenia i znalezienia trafnego rozwiązania.

Ma pan duszę artysty.
Przez wiele lat pytałem sam siebie, czy ja mam duszę artysty. Nie znam odpowiedzi, ale rysowałem od dziecka. Nigdy nie miałem wątpliwości, że to jest zawód, który chcę wykonywać. Architektura stała się treścią mojego życia.

Kto kogo ściągnął na Śląsk?

W jednej czwartej jestem Ślązakiem. Wprawdzie urodziłem się w Krakowie i tam spędziłem dzieciństwo, ale przez pięć przedwojennych lat mieszkałem w Katowicach i codziennie chodziłem do szkoły obok nowego gmachu Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego. Ojciec był doktorem prawa, pracownikiem Banku Polskiego. Gdy został przeniesiony do Warszawy, tam dorastałem. Przed wojną uczęszczałem jeszcze do gimnazjum w Zakopanem. Nikt mnie po studiach nie musiał ściągać na Śląsk, bo tu, w Chorzowie po wojnie zamieszkała moja rodzina.

Ale pracował pan na krakowskiej uczelni, wśród wielu znakomitości.
Tak. Jeszcze jako student zostałem asystentem prof. Rudolfa Śmiałowskiego, a w latach 1948-51 byłem starszym asystentem prof. Juliusza Żórawskiego, pisałem doktorat. Praca naukowa mnie pociągała, ale projektowanie - też. Jerzy Gottfried był tu, w domu, na Śląsku i on ściągnął Henryka Buszkę z Wrocławia. Znaliśmy się z krakowskiej uczelni, a połączył nas konkurs na Hotel "Orbis" w Warszawie. Były cztery nagrody równorzędne, w trójkę zdobyliśmy jedną z nich. Potem był kolejny wspólny projekt - Dom Związków Zawodowych w Katowicach. Pracowaliśmy we trzech 9 lat, a od 1958 już bez Jurka Gottfrieda.

Każdy twórca chce zaznaczyć swoją indywidualność. Jak to jest możliwe w zespole? Praca zbiorowa wymusza kompromisy.
W zespole nie chodzi o kompromis, chodzi o współdziałanie. Każdy wysuwa swoje propozycje, słucha racji innych, spiera się. W zespole nie o to chodzi, żeby "moje było na wierzchu" tylko oto, żeby najtrafniej rozwiązać postawione zadanie.

Trzeba więc zrezygnować ze swojej indywidualności?
Nie. Wolność nie chodzi sama - chodzi z możnością. Wolność mam sam jeden. Jeżeli chcę zwiększyć swoją możność, to się łączę z innymi ludźmi, buduję wspólnotę. Wtedy moja wolność ulega pewnej redukcji na rzecz kolosalnego wzrostu możności.

Spytam wprost, czyj to był pomysł, by piramidy w Ustroniu miały taki, a nie inny kształt, a wieżowce na osiedlu Tysiąclecia w Katowicach przypominały kolby kukurydzy?
To nie jest właściwe pytanie. Jeżeli dwie lub trzy osoby pracują na wspólną odpowiedzialność, to pani pytanie sprowadza się do tego, kto był ważniejszy. Na takie pytania nie odpowiadam. Rezygnacja ze swojego pomysłu na rzecz drugiego też jest decyzją twórczą, istotną przy wspólnej pracy, by wypracować wariant najlepszy. Większość architektów tego też nie rozumie, ale tak jest. Lojalność wobec partnera, tolerancja dla jego inności jest kategorią niepodważalną w zespole.

Najedź kursorem na mapę i oglądaj rysunki

Przed laty pracował pan nad planami Katowic. Jak ocenia pan zmiany w przestrzeni miasta?
Aktywnie w tych zmianach teraz nie uczestniczę. Jeszcze parę lat temu jeździłem autem, teraz już nie, bo przestałem sobie wierzyć. Przeobrażenia oczywiste, jakie narzucają się same, to głębokie pozytywne zmiany w komunikacji tranzytowej i ogromne, według mnie, problemy z nieuporządkowaniem ruchu wewnątrz śródmieścia.

Osiedle Tysiąclecia, gdzie mieszka 25 tys. osób, zaplanowane przez panów z określoną wizją modernistycznego osiedla-miasta, jest dogęszczane. Nadal się pan przeciwko temu buntuje?
Tak, bo jest niszczona autorska koncepcja urbanistyczna osiedla zbudowanego kompleksowo - nie osiedla a miasta-parku! Sprzeciwiałem się tym pomysłom. Niestety, prawa wolnego rynku zwyciężyły i zwyciężył brak poszanowania prawa autorskiego.

Są zrealizowane projekty, które dziś sprawiają panu szczególną radość?
Byłem niedawno w Zespole Szkół Artystycznych na tymże osiedlu Tysiąclecia, gdzie prowadziliśmy przed laty nadzór autorski nad tą budową. Nie była to łatwa współpraca z inwestorem. Jak zaprojektować szkołę, w której z każdej klasy jest inny widok i każda klasa jest inna, bo w każdej z nich kształtują się indywidualności? Jak zobaczyłem teraz salę koncertową, to mnie olśniła. Potem zobaczyłem nową salę koncertową NOSPR-u, która jest świetnie zrobiona, z ogromną skalą luksusowych materiałów. Po dłuższym zastanowieniu ocena się wyrównała. Szkolna sala koncertowa mnie zachwyca - skalą, nastrojem, a tamtą uznaję.

Z jakimi emocjami wraca pan ze spaceru po Ustroniu, wśród "piramid"?
Na takie dalekie spacery raczej już się nie wybieram, ale przez ostanie 14 lat wiele myślałem o sprawach zawodowych. Ustroń zawsze uważałem za bardzo dobre rozwiązanie, ale wiedziałem, że mogło być lepsze.

Lepsze, gdyby tę inwestycję zrealizowano do końca?
Nie tylko. Projekt przewidywał zagospodarowanie całego zbocza i zaplanowane były inne wersje piramid"- "cokołówce", odwrócone trójkąty, o niezwykle elastycznej formie. [Kliknij i posłuchaj] Nigdy nie powstały. Lepiej by było także, by piramidy, które zbudowano, były zróżnicowane pod względem wielkości tak jak kamienie rzucone na stok - jedne są większe, drugie mniejsze. Nie udało się zróżnicować ich kondygnacji, inwestor nie był tym zainteresowany. A miałem w oczach swobodną kompozycję jak Stonehenge wzniesione z głazów różnej wielkości.
Staram się na naszą pracę patrzeć krytycznie, czy nie popełniliśmy błędu, z dzisiejszej perspektywy. I dziś twierdzę, że zwieńczenie Domu Związków Zawodowych w Katowicach powinno wyglądać nieco inaczej.

Nie chciał pan nigdy szokować niezwykłością formy, na przykład stawiać dom na dachu, z krzywymi ścianami?
Niektórym architektom i niektórym ludziom się wydaje, że wynalazczość w architekturze i w ogóle cała twórczość polega na tym, żeby się wyróżnić oryginalnością, zaszokować, olśnić. Owszem, to się może zdarzyć, ale jak ja mogę pracować nad olśnieniem innego? Poza tym korzystam z tego, co jest do dyspozycji w budownictwie. Możliwości technologiczne, które są w aktualnym, masowym użyciu, mają pewne uwarunkowania, a nimi robię architekturę.

Te możliwości technologiczne w pana najlepszych czasach zawodowych, w latach 60. i 70., były raczej siermiężne.
Pracowaliśmy w superciężkich warunkach technologicznych, w prymitywie tych warunków. Ale robiliśmy najlepiej, jak potrafiliśmy, z wyczuciem dla czasu i otoczenia. Nie stawia się za cel odkrywczości tylko trafność projektu. Architektura to organizacja przestrzeni, która ma najlepiej służyć założonym funkcjom. Jak zaprojektuję hotel, to się z tego kościoła zrobić nie da.

Jak polskość wyraża się we współczesnej architekturze? W dworkach polskich, które wracają do naszego krajobrazu?
W dworkach polskich czuje się rodzimość, swojskość, to jest jakaś specyfika. Ale można tę swojskość przekazać w swobodnej twórczości. Jak się do tego przygotować? Myślę, że jedyna droga to nasycić się polską kulturą. Wchłonąć w podświadomość, a potem przetwarzać. W twórczości architektonicznej trzeba umieć wejść w ducha miejsca, w jego istotę. Myślę, że umieliśmy wejść Domem Kultury huty "Zgoda" w ducha klasycyzmu, piramidami w Ustroniu wejść w ducha współczesności w regionie górskim, formami balkonów na os. Tysiąclecia wyrazić ducha nowoczesności, a "kukurydzami" nadać znak dynamiki Katowicom.

Czytam w pana biografii: 500 koncepcji projektowych, zrealizowanych 470 obiektów, wspólnie z Henrykiem Buszką i innymi architektami. Praca musiała być pana pasją?
Mamy również trzy patenty, w tym dwa wdrożone. Miałem pracowite życie, a po wojnie było mnóstwo pracy.

Zostawał czas na pozazawodowe życie?
Tak, na narty. Nauczył mnie jeździć nauczyciel wf w czasie okupacji. W czasie studiów byłem w kadrze narodowej i brałem udział w mistrzostwach Polski w zjeździe z Kasprowego. Nie zająłem miejsca w czołówce, na 200 startujących byłem 27, o jedno miejsce wyżej od trenera. Wydawało mi się, że umiałem jeździć, a nie umiałem. Człowiek nie wie, że nie umie, a coś robi.

Których prac niezrealizowanych pan żałuje?
Projektu Muzeum Akropolu w Atenach. Wybraliśmy działkę, bo konkurs przewidywał trzy do wyboru, z której widać było Akropol, a budynek piętrzył się po zboczu. Nie poszedł do realizacji nasz projekt schroniska na Skrzycznem, a szkoda. Musieliśmy też zmniejszyć katowickie "kukurydze". W trakcie realizacji zmieniło się prawo budowlane i nie można było budować balkonów powyżej 17 piętra. Pierwotnie punktowce miały mieć 25 pięter.
Żałuję, że nie powstała w [Kliknij i posłuchaj] Parku Śląskim palmiarnia według naszego projektu. Zaproponowaliśmy dwie wersje, obie w formie grzybów - maślaków lub rydzów. Jedna projektowana z żelbetu, druga stalowa. Obydwie ze szklanymi ścianami i te ściany były wtedy problemem, jak je wykonać. Powstał projekt techniczny rydzów, ale realizacji zaniechano.

A "zielone konie" dla Warszawy?
Cztery lata po dyplomie dostaliśmy zaproszenie do zamkniętego konkursu, jako jeden z 30 zespołów z Polsce, na zagospodarowanie otoczenia powstającego właśnie Pałacu Kultury w Warszawie.[Kliknij i posłuchaj] Już samo zaproszenie było dla nas wyróżnieniem.
Teren do zagospodarowania był olbrzymi. Przyjęliśmy do wiadomości, że Pałac Kultury jest takim "grzmotem", że ta bryła wytrzyma wszystko. Zaprojektowaliśmy na obrzeżach wysokie budynki, a w środku - dla handlu i hoteli. Powstała spójna kompozycja zależnych części, z których wyrastał ten pałac. Wpisaliśmy w pierzeję po dwa konie z brązu, które kiedyś pokryją się patyną - zieloną. Chcieliśmy w ten sposób powiedzieć, że można tu zastosować elementy rzeźbiarskie, bo jest to miejsce na pomniki.

Nie spodobało się jury?
Jeden z jurorów powiedział, że o naszej pracy nawet nie będzie się wypowiadał, bo musiałby wyrazić potępienie dla moralnej postawy twórców. I dodał, że nawet nam te zielone konie nie pomogą. To był rok 1954.

Wyraziliście panowie za mało szacunku dla socrealistycznego gmachu?
Inni potraktowali go jak święty Pałac Kultury, wyrastający z drobiazgów, a nie z tak silnej kompozycji, jak nasza.

I tak do zespołu przylgnęło określenie "Zielone konie". Ten przegrany konkurs to była dotkliwa porażka?
Rok później znalazłem się w pięcioosobowej delegacji architektów polskich, wytypowanych do wyjazdu do Francji w ramach wymiany kulturalnej. Po takich krytycznych uwagach? Zadziwiające.

Jak pan sobie tłumaczył ten zaszczyt?

Nie tłumaczyłem sobie, ja się cieszyłem, że zobaczę współczesną architekturę francuską. Myślę, że tą pracę zwróciliśmy na siebie uwagę, bo była inna.

Wróćmy do czasów studenckich, które rozpoczął pan na… Wawelu. To miejsce było inspirujące czy raczej budziło respekt?
Byliśmy z nim oswojeni, chłonęliśmy go. To nasz dziekan, Adolf Szyszko-Bohusz wskazał miejsce dla Wydziału Architektury na Wawelu. Była decyzja świadoma, czy przypadkowa, tego nie wiem, ale było to miejsce najdoskonalsze do nauki tego zawodu.
Pierwszy rok zaliczałem zaraz po przejściu frontu, jeszcze w Zakopanem, na filii Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej. Mieszkaliśmy wtedy w Nowym Targu. Dopiero później rodzina przeprowadziła się do Chorzowa.

Wojna sprowadziła rodzinę na Podhale?
W pierwszych dniach września 1939 roku ewakuowano nas z Warszawy wraz z innymi rodzinami pracowników Banku Polskiego. Spakowani zostaliśmy do autobusów, jako "kamuflaż" transportu polskiego złota. [Kliknij i posłuchaj] Dojechaliśmy do Łucka, a dalej złoto pojechało na południe już tylko z kilkoma urzędnikami. Moja rodzina ruszyła na północ, do Pińska przez Wołyń, Polesie, potem Lwów dotarła na Podhale. Cudem uniknęliśmy zsyłki.

Wybór zawodu architekta rzeczywiścią wiązał się z chęcią odbudowy zniszczonego wojną kraju?
Wiedzieliśmy, że to będzie zadaniem naszego pokolenia. Dlatego poszedłem do Technikum Melioracyjnego, uzyskując dyplom, choć miałem już małą i dużą maturę matematyczno-fizyczną w tajnym nauczaniu. Sensowna praca wciąga, a po wojnie blisko sto procent projektów szło do realizacji. Później był to procent coraz niższy, ale i tak wysoki. Poza tym lubiliśmy się; zawód mnie, ja zawód.

Teresa Semik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.