Poruszająca historia rozdzielonego rodzeństwa

Czytaj dalej
Grażyna Kuźnik

Poruszająca historia rozdzielonego rodzeństwa

Grażyna Kuźnik

Agnieszkę rozdzielono z dwoma braćmi w dzieciństwie. Poszli do innego domu dziecka. Potem zniknęli i nikt nie wiedział, gdzie są. Odnalazła ich niedawno w USA. Pamiętasz siostrę? - napisała do niego

Czy moich braci sprzedano, że nie ma po nich śladu? Błagam, powiedzcie chociaż tyle, czy żyją i są zdrowi - prosiła młoda kobieta we wszystkich ośrodkach w kraju, które zajmują się adopcjami. Ale nikt nie wiedział, co stało się z dwoma kilkulatkami, którzy trafili do Domu Dziecka w Gliwicach i około 2000 roku zostali adoptowani.

Agnieszka miała siedem lat, gdy ktoś mocno zapukał do drzwi mieszkania w Katowicach. Zajmowała się wtedy siostrą Patrycją, która była niemowlęciem, trzyletnim Mateuszem i trochę od niego starszym Bartkiem. Próbowała dać im coś do jedzenia, ale niewiele znalazła, często jedli tylko herbatniki. Matka tego dnia jak zwykle spała po alkoholu.

- Weszła policja, już czekał radiowóz. Ktoś doniósł, jak żyjemy. Mama nawet się nie obudziła, gdy nas zabierano - wspomina Agnieszka. - O ojcu nie ma co mówić. Dawno gdzieś wybył.

Czwórka głodnych, przestraszonych dzieciaków dotąd trzymała się razem. Byli ze sobą bardzo związani, mieli właściwie tylko siebie. Nagle znaleźli się w obcym miejscu, wśród nieznanych ludzi. Agnieszka nie przeczuwała, że to jej ostatnie chwile z braćmi.

- Zawsze się o nich martwiłam. Mateuszek był cichutki, spokojny, bardzo grzeczny dzieciak. Bartek: mały rozrabiaka, bardziej śmiały, wesoły. Ja byłam dla nich wtedy najważniejsza. Opiekowałam się nimi, karmiłam, zmieniałam im pieluchy, bo z mamą było coraz gorzej - opowiada ich siostra.

W domu dziecka szybko pojawiła się ciocia rodzeństwa. Zabrała Agnieszkę i malutką Patrycję, chłopcy jednak zostali.

- Ciocia nie miała warunków, żeby przyjąć całą naszą czwórkę do domu - mówi Agnieszka. - Miała dwoje własnych dzieci, moje kuzynki. Musiała przebudować dwupokojowe mieszkanie, żeby dostać zgodę na wzięcie mnie i Patrycji do siebie. Ale wiedziała, że bracia są zdrowi, dobrze się chowają. Ja mogłam u wujostwa znowu być tylko dzieckiem.

Po jakimś czasie przyszła przyszła wiadomość, że Mateuszek i Bartek trafili do rodziny zastępczej. Wtedy kontakt z braćmi całkowicie się urwał.

- Często o nich wspominaliśmy, bo tęskniłam. Trzymałam ich zdjęcia pod poduszką - przyznaje Agnieszka. - Ciocia pocieszała, że jak dorośniemy, to na pewno będziemy się spotykać, a teraz chłopcy mają nową rodzinę, niech spokojnie dorastają.

Nikt z rodziny zastępczej braci nie odzywał się do ich sióstr. W gliwickim domu dziecka tłumaczyli, że tak jest lepiej, bo nie ma co wracać do złej przeszłości, niech chłopcy układają sobie życie bez obciążeń. Ale Agnieszka czuła, że jej siostrzana miłość była czymś dobrym w ich dzieciństwie, ona nie umiała o nich zapomnieć. Miała nadzieję, że gdy staną się pełnoletni, po prostu dostanie ich adres, kupi bilet i do nich pojedzie, będą rozmawiać, cieszyć się, że przetrwali. Chciała im opowiedzieć, co stało się z rodzicami.

- Nie żyją. To smutna opowieść - nie ukrywa Agnieszka. - Matka nie zmieniła się po zabraniu nas przez policję, nie próbowała odzyskać dzieci. Czasem ją odwiedzałam, czułam się bezradna. Piła coraz bardziej, wykańczała się, nie umiała przestać. Zawsze omijała temat braci, nie pytała o nich. Zmarła.

Ciocia zajmowała się nią i Patrycją jak własnymi dziećmi. Agnieszka usamodzielniła się, zakochała, miała własne mieszkanie. Urodziła synka. Ale martwiła się; może bracikom źle, może potrzebują starszej siostry? Wreszcie nadszedł czas, gdy mogła zacząć ich szukać.

W gliwickim domu dziecka usłyszała, że chłopcy ostatecznie trafili do rodziny adopcyjnej w Stanach Zjednoczonych. Ich adresu jednak nie dostanie, bo muszą wyrazić na to zgodę. A zapytać nie można, bo nie ma adresu.

- Byłam w szoku. Dokumenty moich braci zaginęły w ośrodku adopcyjnym w Warszawie! Po prostu były dzieci i nie ma! - denerwuje się Agnieszka. - Żadnych danych, kto chłopców adoptował, gdzie konkretnie, przepadli bez śladu. Byli wtedy tacy mali, a nikt nie sprawdzał, co się z nimi dzieje. Nie mogłam się z tym pogodzić.

Zaczęły się dla niej lata poszukiwań. Wysłała setki listów, bez efektów. W tym czasie zmieniało się jej życie, teraz mieszka w Holandii, ma tutaj dobrą pracę.

- Nadal prosiłam, błagałam, pisałam do domów dziecka, stowarzyszeń, urzędów, może ktoś coś słyszał. Nic - wyznaje Agnieszka. - Pomagała mi bardzo była pani dyrektor gliwickiego domu dziecka, ale jej też nie udało się niczego dowiedzieć. Zaczęłam też szukać w internecie.

Trafiła wtedy na stronę Mirelli, która pomaga adoptowanym odnaleźć bliskich. I odezwała się Sylwia z USA, wzruszona jej anonsem. Obiecała umieścić wiadomość na amerykańskich portalach; Agnieszka dosłała zdjęcia braci z dzieciństwa i skany z ich książeczek zdrowia, najdroższe pamiątki po braciach.

Po jakimś czasie Sylwia napisała: - Znaleźli się. Napisz do nich.

Na adres starszego z braci napisała: „Czy ty pamiętasz siostrę Agnieszkę, Bartku?” Zablokował ją. Pomyślała, że i tak jest szczęśliwa, że cokolwiek o nim wie. Szybko jednak odblokował, napisał, że on pamięta, ale młodszy brat już nie.

Okazało się, że nie mówią po polsku, mają inne imiona, Bartek to Jarred, a Mateusz - Chad. Trafili do dobrej rodziny, która ich kocha, chociaż rodzice jednak się rozwiedli. Obaj pracują w firmie samochodowej ojca, są w szczęśliwych związkach. Mają udane życie.

- Ucieszyli się, że ich odnalazłam, chcą mnie poznać. Bartek pisze, że ma w sobie garsteczkę polskości i dzięki mnie dowie się o tym więcej - mówi Agnieszka. - Uspokoiłam się, odczułam wielką ulgę. Nie jest to taka bliskość, jaką mam z siostrą, ale zawsze myślami byłam przy nich.

Na razie do siebie piszą, planują spotkanie, dają sobie jednak czas. Najważniejsze, że już wiedzą, co się u nich dzieje.

- Tylko raz widziałam matkę trzeźwą, tuż przed jej śmiercią - mówi Agnieszka. -Była bardzo wychudzona, prawie jej nie poznałam. Powiedziała nagle : „Nie martw się, córko, wszystko będzie dobrze”. Tego dnia umarła. To jedyne dobre słowa, jakie od niej usłyszałam, prezent na koniec. Miała rację; naszej czwórce, mimo dzieciństwa, jakie nam zgotowała, wszystko dobrze się ułożyło. Dzięki innym ludziom, którzy umieli nas pokochać.

***
Adopcje zagraniczne
Ok. 300 dzieci rocznie z Polski adoptują rodziny z zagranicy. Chodzi o dzieci starsze i chore, które w Polsce nie mają szans na adopcję, ale nie zawsze. Prawie 70 proc. tych dzieci rozdziela się z rodzeństwem. Średnio 20 proc. ma orzeczoną niepełnosprawność.

Grażyna Kuźnik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.