Prof. Zbigniew Białas: Katowice zazdroszczą Sosnowcowi - nie mają bohaterów

Czytaj dalej
Fot. Lucyna Nenow / Polska Press
Tomasz Szymczyk

Prof. Zbigniew Białas: Katowice zazdroszczą Sosnowcowi - nie mają bohaterów

Tomasz Szymczyk

Z prof. Zbigniewem Białasem, pisarzem i dyrektorem Instytutu Anglistyki na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego, rozmawiamy m.in. o niewykorzystywanej szansie Sosnowca, nazwie metropolii, nowej książce, której akcja nie będzie rozgrywać się w stolicy Zagłębia, i o... doktorze Mengele.

Nie w Sosnowcu, ale w Będzinie toczyć się będzie akcja nowej powieście prof. Zbigniewa Białasa, autora m.in. „Korzeńca”, „Pudru i pyłu” czy „Talu”. Pod koniec czerwca pod kościołem św. Tomasza na sosnowieckiej Pogoni zebrało się kilkadziesiąt osób, które postanowiły spędzić popołudnie spacerując z przewodnikiem po miejscach, w których dzieje się akcja pierwszej z tych powieści. Gdyby ktoś z Zagłębia czy spoza regionu chciał przejść tę trasę, mógłby mieć trudności. Być może trafiłby do słynnego kafelka w bramie kamienicy przy ul. Żytniej 16 z napisem „Korzeniec Sosnowice”, na który przez te wszystkie lata patrzyli nie tylko mieszkańcy tego domu. Widzieli go studenci Uniwersytetu Śląskiego i uczniowie podstawówki, która mieściła się tam wcześniej. Może spoglądali też na niego gestapowcy, którzy w czasie okupacji zainstalowali się w odnowionym niedawno na potrzeby Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej dworku?

Nikt z tych osób jednak nie pomyślał, że zwykły kafelek może stać się przyczynkiem do opowieści o mieście, które świętuje w tym roku 115. rocznicę nadania przez cara Mikołaja II praw miejskich. Ale i mieście, którego dzisiaj już nie ma, biorąc pod uwagę wszystkie zmiany, do których doszło w Sosnowcu na przestrzeni lat. Żytnią do pracy na sosnowieckiej anglistyce chodził też Zbigniew Białas, dziś profesor, ale też pisarz. „Korzeniec” to opowieść o Alojzym Korzeńcu, wziętym glazurniku.

- Wcale nie zamierzałem się nim zajmować. Przyszedł jednak moment olśnienia i zacząłem pisać „Korzeńca” - mówił w rozmowie z DZ.

I tak powstała powieść, której fragmenty w radiowej Dwójce czytał Marian Opania, a potem dobrze przyjęte przez krytyków i publiczność przedstawienie w Teatrze Zagłębia w reżyserii Remigiusza Brzyka, pokazywane też w ramach Teatru Telewizji na antenie TVP Kultura.

Nagle okazało się, że literatura może być szansą na promocję i że Zagłębie Dąbrowskie może mieć swojego autora i swoją powieść. W szkole każdy czytał nowelkę Marii Konopnickiej „Dym”, napisaną podczas jej pobytu w Dąbrowie, wówczas jeszcze nie Górniczej, czy rewolucyjny wiersz Władysława Broniewskiego „Zagłębie Dąbrowskie”, ale po wyjściu z lekcji natychmiast o tych utworach zapominał. Z „Ko-rzeńcem” nie poszło tak łatwo. Może dlatego, że dziś każdy wytrwały miłośnik zagłębiowskiego regionalizmu może na Żytnią pójść i ów słynny kafelek nie tylko zobaczyć, ale nawet go dotknąć. Może dlatego, że - mimo że autor stale odżegnuje się od jego wartości dydaktycznych - „Ko-rzeniec” jest znakomitą podróżą do Sosnowca, a właściwie Sosnowic, sprzed I wojny światowej. Czasu, który jeszcze trzydzieści lat temu w ujęciu historycznym był przedstawiany głównie jako czas robotniczych protestów i aktywności lewicowych działaczy, co oczywiście również jest ważną częścią historii, ale nie jej jedyną składową. To sprawia, że po „Korzeńca” sięgają dzisiaj miłośnicy regionalnej historii.

„Korzeńca” i kolejne książki Zbigniewa Białasa często szufladkuje się jako kryminały, chociaż typowymi przedstawicielkami tego gatunku nie są. Widać jednak analogię między sosnowieckim autorem a piszącym o Lublinie Marcinem Wrońskim czy umieszczającym akcję swoich książek weWrocławiu i Lwowie Markiem Krajewskim. Pokazuje to, że powieści każdego z nich są doskonałym polem do promocji. Inna sprawa to serial. Cała Polska wie dzisiaj, że zdjęcia do telewizyjnego „Ojca Mateusza” powstają w Sandomierzu. Trzeba przyznać, że to zupełnie inna grupa odbiorców i znacznie szersza forma promocji niż książka.

- Turyści przyjeżdżają do Sandomierza ze względu na jego uroki, ale również widzę wycieczki pod kątem „Ojca Mateusza”. Nasi przewodnicy zostali wręcz przymuszeni do oprowadzania po mieście śladami serialu. Powstał nawet taki szlak „Śladami Ojca Mateusza” - z miejscami, w których coś się działo w serialu - mówił na łamach DZ Marek Bronkowski, burmistrz nadwiślańskiego miasta.

Wątpliwości, co do pozytywnego wpływu literatury popularnej na promocję miasta, nie ma za to Dorota Ostrowska z Biura Promocji Miasta i Turystyki we Wrocławiu, która kilka lat temu tak mówiła na łamach „Dziennika Zachodniego”:

- Nie my to odkryliśmy. Robią to m.in. Sztokholm i Barcelona. Miasta szukają niszy. Po sukcesie książek Marka Kra-jewskiego we Wrocławiu powstała Trasa Eberharda Mocka. Odbywa się też Festiwal Kryminałów. Można więc powiedzieć, że Wrocław kryminałem stoi. Ściśle współpracujemy z Markiem Krajewskim. Jego książki cieszą się dużą popularnością, bo opisuje Wrocław, jakiego nie znamy - mówiła.

Dr Krystian Dudek, ekspert w dziedzinie promocji, związany z Wyższą Szkołą Humanitas w Sosnowcu, uważa, że podstawą każdej kampanii promocyjnej jest jej dobre zaplanowanie i znalezienie odbiorcy. - Ważne są relacje medialne, komunikacja w internecie z odbiorcą. Pytanie tylko, kto ma nim być. Trzeba znaleźć określoną grupę docelową. Czy dobrym pomysłem jest literatura? Faktem jest, że poziom czytelnictwa jest coraz mniejszy, ale osoby, które czytają, mają szersze horyzonty i mają coś do powiedzenia - uważa. - Każda forma promocji musi być wpisana w szerszy kontekst. Nie może się to pojawiać nagle i pasować jak kwiatek do kożucha - dodaje. Zdaniem Dudka, miejskie kanały promocyjne docierać muszą do różnych kręgów odbiorców. Dlatego nie krytykuje on obecności muzyki z nurtu disco polo na Dniach Sosnowca, bo promocja miasta powinna być skierowana do różnych odbiorców. - Takie właśnie jest to miasto i ciekawie wpisuje się to przecież w hasło promocyjne „Sosnowiec łączy”.

Czy „Korzeniec” znajduje w Sosnowcu swoich odbiorców? Czytelnicy, spacerowicze i teatralni widzowie raczej odpowiedzą na to pytanie twierdząco.

Rozmowa z prof. Zbigniewem Białasem

Niedawno, mimo upału, ponad siedemdziesiąt osób chciało podążać ulicami Sosnowca śladami pańskich powieści. Zaskoczyło to pana?
Bardzo zaskoczyło. Również dlatego, że od ukazania się „Korzeńca” minęło trochę czasu i nie jest to już żadna nowinka literacka. Miałem wrażenie, że te osoby, które chciały, chodziły już wcześniej śladami „Korzeńca” i „Pudru i pyłu”. Popularność tego spaceru pokazuje jednak, że „Korzeniec” nie jest książką jednego sezonu, ale że wrasta mocno w folklor miejski. Nie chcę tu porównywać zjawiska znanego jako Bloomsday, opartego na „Ulissesie” Joyce’a, gdzie co roku 16 czerwca wszyscy chodzą śladami bohaterów powieści, ale byłem zdumiony, kiedy zobaczyłem na zdjęciu, jak 28 czerwca ustawiła się długa kolejka, żeby zobaczyć kafelek na Żytniej. Nie brzmi to skromnie, ale chyba „Korzeniec” jest już po prostu częścią literackiej historii Sosnowca.

To zainteresowanie pokazuje, że tematy związane z „Korzeńcem” mogą być świetnym sposobem na promocję Sosnowca i konkretny produkt turystyczny.
Mogłyby być, ale ktoś musiałby tę markę wyprodukować. Jest spora grupa miłośników i zapaleńców, którzy wszystko robią, ale brakuje im wsparcia. Nie śledzę tego, co dzieje się na miejskich salonach politycznych, ale konkretnej pomocy nie widzę. Żadna inicjatywa nie wychodzi ze strony miasta, które przyjęło rolę pasywną. Cieszyło się, że książka wyszła, ale potem jakby straciło impet. Moim zdaniem to błąd. Infrastruktura w Sosnowcu się poprawia, imprezy masowe są promowane, koncerty czasem dla mnie wątpliwych gwiazd pochłaniają masę pieniędzy, tymczasem miasto jest też coś winne tym osobom, które chciałyby znaleźć tutaj bardziej wyrafinowaną rozrywkę kulturalno-literacką. Gdzieś popełniany jest błąd. Rozumiem stadiony i masowe imprezy, bo te rzeczy muszą być, ale nie kosztem czegoś, co kosztuje relatywnie mało. Ludzie narzekają, że pod tym względem miasto ich zaniedbuje.

W każdym razie oficjalnemu Szlakowi „Korzeńca” w Sosnowcu w przyszłości nie mówi pan „nie”.
Można taki szlak wyznaczyć i może nawet trzeba, ale to nie powinno polegać wyłącznie na zasadzie zorganizowania raz w roku wycieczki siłami społeczników. Powinna powstać broszura, z którą można by szlak przejść samemu, a nie czekać na to, aż będzie się oprowadzonym.

Póki co nie ma tu nawet Szlaku Kiepurowskiego, chociaż trochę miejsc związanych z tą postacią się ostało.
Niech mnie pan nie podpuszcza. Nie mamy w ogóle żadnego szlaku, a sam mógłbym wymyślić kilka niezwiązanych z „Korzeńcem”, z których ludzie chętnie by skorzystali. Mógłby powstać szlak muzyczny kiepurowsko-szpilmanowski, szlak Żydów Zagłębia czy na wzór Łodzi - szlak przedsiębiorców i ich pałaców. Każdy, kto jest stąd, o tym wie, ale jeżeli ktoś nie jest stąd, to powinien w biurze informacji turystycznej dostać plik broszur i rzetelną informację. Szlak Zabytków Techniki pokazuje, że można to zrobić. W Sosnowcu są ludzie, którzy by to umieli, ale tym ludziom trzeba pomóc. Miasto musi chcieć wykorzystać swoje atuty. Katowice są zazdrosne, że nie mają takich bohaterów jak ci z „Korzeńca”, bo bynajmniej nie jest tak, że zaistnienie kultowych postaci można zadekretować. Można napisać książkę o mieście, ale to nie daje żadnej gwarancji, że jej bohaterowie staną się ulubieńcami czytelników.

Każdy taki szlak mógłby być wyróżnikiem Sosnowca w metropolii, którą mamy od kilkunastu dni. Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii, której nazwę skrytykował pan na Facebooku.
Potem ten wpis usunąłem. Widziałem, że był już cytowany w którymś felietonie. Moja krytyka była wyłącznie natury językowej, bo jeśli już, to powinna to być Metropolia Górnośląsko-Zagłębiowska. Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia to składnia angielska, a nie polska. Jeśli metropolia ma przyciągać inwestorów czy turystów z zagranicy, to nie może mieć nazwy kompletnie nie do wypowiedzenia. Silesia z oczywistych przyczyn nie została zaakceptowana przez Zagłębiaków.

Bo nazwa nie może też nikogo wykluczać. W metropolii mamy przecież miasta górnośląskie i małopolskie.
I powinno to być wzięte pod uwagę, jednak zastąpienie prostej nazwy nazwą trudną do wymówienia nawet dla Polaka, a co dopiero dla cudzoziemca, nie jest dobrym pomysłem. Do samej idei metropolii nic nie mam, ale do nazwy tak, bo jest trudna, nudna i składniowo wadliwa.

A gdyby pana poproszono o zaproponowanie nazwy, to jaka by była?
Nie byłoby jej, bo ja zajmuję się tylko tym, na czym się znam. Nie jestem marketingowcem ani polonistą. Nie jest też tak, że da się to wymyślić ad hoc.

Wróćmy więc do literatury. Jak przebiegają prace nad książką o Rutce Laskier?
To jest pytanie, którego nie lubię (śmiech). Prace postępują, ale nie tak szybko, jak bym chciał, nie tak szybko, jak chcieliby zapewne czytelnicy. Mam w tej chwili mnóstwo obowiązków zawodowych, a tymczasem materia jest niezwykle delikatna. W tej chwili na polonistyce powstała praca magisterska poświęcona Rutce, której byłem recenzentem. To świetna praca napisana przez Anitę Jasińską, która pokazała, jak tekst dziennika ginie w kontekstach polityczno-społecznych, narosłych wokół Rutki. Zgadzam się z autorką rozprawy, że postać dziewczyny nieco gubi się w tym, co się wokół niej dzieje. Pisanie „Korzeńca” było łatwe, bo mój glazurnik, luźno tylko oparty na prawdziwej postaci, był osobą fikcyjną. „Tal” zbudowany był na prawdziwych bohaterach, ale wszyscy byli niesympatyczni. Natomiast charakter i los Rutki powodują, że pisarz nie może sobie z nią niefrasobliwie poczynać. W tej chwili pracuję nad rozdziałem dotyczącym jej śmierci. Wiemy o niej tyle, ile znaleziono w dokumentach w Auschwitz, że wpadła w oko doktorowi Mengele, co ją uratowało od pójścia do komory gazowej. To jedno zdanie może być interpretowane na tysiąc sposobów. Na tyle, na ile to możliwe, staram się docierać do relacji świadków i dokumentów, bo na przykład doktor Mengele czym innym zajmował się w 1943 i w 1944 roku. Trzeba wszystko weryfikować. Czasem nie mogę ruszyć do przodu o jedno zdanie, zanim nie sprawdzę kilku źródeł. Ostatnią rzeczą, jakiej bym chciał, to promować się na Rutce. Chcę jej tylko oddać sprawiedliwość.

Kiedy czytelnicy zobaczą tę książkę na półce w księgarni?
Umówmy się, że będzie to połowa 2019 roku.

Tomasz Szymczyk

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.