Profesor Jerzy Szydłowski, archeolog z Górnego Śląska

Czytaj dalej
Fot. archiwum rodzinne
Tomasz Borówka

Profesor Jerzy Szydłowski, archeolog z Górnego Śląska

Tomasz Borówka

Muzeum Górnośląskie w Bytomiu specjalną wystawą „Archeologiczne odkrywanie Górnego Śląska. Profesor Jerzy Szydłowski - sylwetka mistrza” upamiętni dwudziestą rocznicę śmierci tego słynnego archeologa. Wernisaż wystawy już 21 września, a dziś o życiu i dokonaniach prof. Szydłowskiego rozmawiamy z wdową po nim, doktor Elżbietą Szydłowską

Profesor Jerzy Szydłowski był Ślązakiem?
Tak, był rodowitym Ślązakiem. Pochodził z dzisiejszej Rudy Śląskiej, powstałej z połączenia wielu wsi. Szydłowscy mieszkali w Halembie. Ich rodzina wywodziła się z południowej części Górnego Śląska. A rodzina teściowej - Hutkowie - mieszkała w Nowej Wsi (obecnie Wirek). I to tam urodził się mój mąż, Jerzy Szydłowski.

Dlaczego został archeologiem?
Bo tego chciał! Mimo iż jego mama marzyła, by został księdzem, ale syn tych marzeń nie podzielał. Po maturze chciał iść na historię, w końcu jednak wylądował na archeologii, ściślej, na historii kultury materialnej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jako specjalizację wybrał archeologię Polski. W tamtych czasach studia były dwustopniowe - trzyletnie podstawowe i dwuletnie magisterskie. Ale na te magisterskie nie każdy mógł się dostać, trzeba było mieć „dobre pochodzenie”. Mąż, jako syn zwykłego hutnika, takie pochodzenie miał. Studia magisterskie skończył na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu u prof. Józefa Kostrzewskiego, archeologa o światowej sławie.

Dlaczego absolwent archeologii Uniwersytetu Poznańskiego, gdzie katedra archeologii prowadzona przez prof. Kostrzewskiego uważana była za wiodącą w Polsce, podjął pracę na Górnym Śląsku? Czy uznał Śląsk za atrakcyjny dla archeologa?
Powód był prozaiczny, bo w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu znalazł po studiach pracę. Chyba polecił go prof. Rudolf Jamka, którego zasługi dla polskiej archeologii były niebagatelne. To właśnie on był tuż po wojnie kierownikiem zespołu przejmującego niemieckie archeologiczne zbiory muzealne. W 1955 roku mąż został kierownikiem działu archeologii Muzeum Górnośląskiego. Nazwa stanowiska szumna, ale w dziale tym pracowały tylko dwie osoby: on i pan Teodor Kubiczek. W sumie właśnie Kubiczek uczył nas pracy w terenie. Miał w nim doskonałe rozeznanie, znał się na metodach archeologicznych. Pracował w muzeum jeszcze przed wojną, był tzw. preparatorem, a do tego samoukiem-konserwatorem. Na początku wojny z Rosją służył w Wehrmachcie, ale został ciężko ranny, długie miesiące leczył się w szpitalach i nie wrócił już do wojska, ale do pracy w muzeum oraz badań archeologicznych. Przemiły człowiek, bardzo wesoły i bardzo oddany sprawie. Po wojnie mieszkał z rodziną w tak ciężkich warunkach, że w 1962 roku wyjechał do Niemiec, gdzie przysługiwała mu wysoka renta.

Wróćmy do prof. Szydłowskiego. Początek jego naukowej kariery to wykopaliska w Olsztynie...
Chodziło o cmentarzysko tak zwanej grupy dobrodzieńskiej, rzadko spotykane cmentarzysko ciałopalne, na którym spalone osobnicze szczątki nie były chowane odrębnie, lecz rozsypywane tworzyły jedną, wspólną warstwę. Oprócz Olsztyna, w którym kopał mąż, Niemcy wcześniej badali takie cmentarzysko w Dobrodzieniu, stąd nazwa grupa dobrodzieńska. A trzecie było w Zakrzowie pod Górą Świętej Anny. Właśnie te cmentarzyska stały się tematem doktoratu męża. Pracy doktorskiej bronił u prof. Kostrzewskiego dokładnie w sylwestra 1960 roku.

Czy jakaś tematyka, jakaś epoka archeologiczna, fascynowała go szczególnie?
Szczególnie interesowały go początki średniowiecza - wczesne średniowiecze, a właściwie przełom okresu rzymskiego i wczesnego średniowiecza. I w tym kontekście rola Bramy Morawskiej. Brama Morawska to rejon styku dwu pasm górskich, Karpat i Sudetów - obniżenie terenu, którym z zachodu na wschód płynie Odra. To naturalna droga dla kontaktów kulturowych południa z północą i północy z południem, wykorzystywana od zarania dziejów.

I to właśnie na tym terenie położone są grodziska plemienia Golęszyców w Lubomi i Międzyświeciu. Badania archeologiczne prowadzone tam pod kierownictwem prof. Szydłowskiego przyniosły obfity plon.
Co do Lubomi, to już od dawna wiadomo było, że jest tam położone wspaniałe grodzisko. Pierwsze badania prowadził tam jeszcze przed wojną, w latach 1933-1938, Roman Jakimowicz. Mąż wystarał się o sponsoring badań ze strony kopalni Anna, należącej do Rybnickiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego. Dali pieniądze, sprzęt, domki kempingowe, autobus przystosowany do celów mieszkalnych. Do tego wysłali uczniów szkoły górniczej jako robotników na wykopie. Badania te trwały 5 lat.

A jak to wyglądało w przypadku grodziska w Międzyświeciu pod Skoczowem?
To były badania ratownicze, finansowane przez Muzeum Górnośląskie czy też wojewódzkiego konserwatora zabytków archeologicznych. Trwały krócej, choć również kilka sezonów. Tam było bardzo ciężko kopać, bo stanowisko porastał gęsty bukowy las. Zresztą parę lat po wykopaliskach odwiedziliśmy jeszcze Międzyświeć i zastaliśmy wiatrołom, który zdewastował grodzisko. To była makabra, ogromne buki wyrwane z korzeniami. Ewentualne dalsze wykopaliska w tym miejscu są już bezcelowe. Efekty naszych badań były skromniejsze niż w Lubomi, ale wystarczyły, by dowieść pokrewieństwa tych obiektów. Obydwa grodziska związane są z plemieniem Golęszyców i oba uległy zniszczeniu w tym samym czasie, pod koniec IX wieku. Mąż wysunął hipotezę, że było to rezultatem wyprawy wojennej władcy Wielkich Moraw Świętopełka.

Interesowały go początki średniowiecza i rola Bramy Morawskiej

Jak znaleziska z Lubomi trafiły do muzeum w Wodzisławiu Śląskim?
Pod koniec lat 60. ubiegłego wieku planowano powołać Muzeum w Wodzisławiu, a ponieważ Lubomia leży w powiecie wodzisławskim, od początku zakładano, że zabytki pozyskane w czasie badań oraz całość dokumentacji trafią do Wodzisławia, a nie do Bytomia. Chodziło o ogromną liczbę zabytków, których Muzeum Górnośląskie nie byłoby w w stanie przejąć ze względów lokalowych.

A muzeum archeologiczne w Cieszynie? Była taka idea.
Tak, i był to pomysł Jerzego Szydłowskiego. Zamek w Cieszynie stał pusty, walił się. Gdy kopaliśmy w Międzyświeciu, bardzo często jeździliśmy do Cieszyna i odwiedzaliśmy zamek. To wtedy powstała i wykiełkowała cała idea. Mąż doszedł do wniosku, że byłoby dobrze, gdyby powstało tam właśnie specjalistyczne muzeum archeologiczne. Zaczęły się pewne rozmowy na ten temat, mieliśmy już konkretne plany co, gdzie i jak. Jednak sprawa utknęła w miejscu na skutek sprzeciwu wojewódzkiego konserwatora zabytków w Katowicach. Może to się wydawać zadziwiające, ale człowiek ten jak gdyby nie życzył sobie wielkiej archeologii w naszym województwie, a w związku z tym i muzeum archeologicznego. Cały pomysł nie spodobał mu się do tego stopnia, że go storpedował.

Badaliście jeszcze grodzisko w Kamieńcu nad Dramą. Czy je również zamieszkiwali Golęszyce?
Stanowisko w Kamieńcu, położone na z natury „obronnym” miejscu, to wczesnośredniowieczne grodzisko nawarstwione na osadę kultury łużyckiej, na której odkryto relikty warsztatu odlewniczego. W Kamieńcu kopaliśmy kilka sezonów, później prace męża kontynuował pan Dominik Abłamowicz. Wyniki badań w Kamieńcu nie zostały opublikowane, więc nie wiadomo, do jakiego ludu mogli należeć twórcy tego grodziska. Sam Kamieniec, zamieszkiwany co najmniej od epoki brązy, jest niezwykle ciekawy z uwagi na fakt, że nazwa przepływającej tam rzeki Drama nie jest słowiańska, ale najprawdopodobniej celtycka.

A czy Profesora interesował sam Bytom?
Oczywiście, chociażby dlatego, że Muzeum Górnośląskie, w którym pracował, znajduje się właśnie w Bytomiu, mieście lokowanym w 1253 roku, dwa lata wcześniej niż Kraków. Tak się niestety składało, że na badania archeologiczne w Bytomiu brakowało pieniędzy. Mogliśmy jedynie nadzorować prace budowlane i dokumentować odsłaniane w ich trakcie relikty starej zabudowy miejskiej. I tak na przykład w latach 50. w czasie odbudowy wschodniej pierzei rynku natrafiono na pozostałości szybu górniczego związanego z poszukiwaniem rudy cynku. Wtedy też wykonaliśmy sondażowe wykopy na Małgorzatce, średniowiecznym grodzisku funkcjonującym kilka kilometrów na południe od rodzącej się osady miejskiej.

Czy Profesor miał jakieś idee, koncepcje, pomysły, których nie zdążył zrealizować, a które uznałby za warte podjęcia przez swoich następców?
Na pewno bardzo chciałby, aby ktoś podjął się opublikowania wyników badań w Lubomi, któremu mógłby służyć pomocą. Sam nie mógł się tym zająć, chociażby dlatego, że zabytki z Lubomi znajdowały się w Wodzisławiu, a on mieszkał w Bytomiu.

Tomasz Borówka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.