Siechnice przekuły klęskę w sukces

Czytaj dalej
Fot. Fot. Tomasz Hołod / Polska Press
Hanna Wieczorek

Siechnice przekuły klęskę w sukces

Hanna Wieczorek

Grzegorz Roman, samorządowiec, autor książki "Wielka powódź - Siechnice 1997", opowiada o wydarzeniach sprzed 20 lat.

Wiemy, jak Wrocław wyglądał w czasie powodzi i po powodzi, zapominamy o mniejszych miejscowościach, które ucierpiały równie mocno.

Siechnice zalane były praktycznie w stu procentach. Jedynie przy ulicy Opolskiej na takiej góreczce stało 10 niezalanych domów. Oczywiście, nie wszyscy ucierpieli w równym stopniu, choćby dlatego, że Siechnice są zabudowane w dużej mierze budynkami wielorodzinnymi. Ci z wyższych pięter mniej stracili, niż ich sąsiedzi z dołu. Tym z parterów woda zabrała wszystko. 700 rodzin wyszło z powodzi praktycznie z niczym. No i oczywiście trzeba do tego doliczyć olbrzymie starty w przestrzeni publicznej, choćby w infrastrukturze.

Jeden wielki dramat...

Zdarzały się sytuacje zabawne, choćby przywiezienie 850 świń do Siechnic, bo przecież nas nie zaleje... Zalało i 550 z tych świń się utopiło. Wydarzenie były ciekawe, bardzo dramatyczne i tragiczne, a jednocześnie dające niesamowite paliwo pod przyszły rozwój. Tak jak w Ameryce, gdzie tajfun niszczy, ale daje też perspektywę na odbudowę. Siechnice potrafiły przekuć klęskę sukces, podobnie jak Wrocław. Ale do tego trzeba mieć umiejętności, sprzyjający klimat i ludzi. U nas zagrało i w Siechnicach zagrało.

Ludzie pamiętają powódź?

To zależy. W 1997 roku w Siechnicach mieszkało około 4000 ludzi. Oni pamiętają i te wspomnienia nadal w nich siedzą. Natomiast te 4000 mieszkańców, którzy się teraz wprowadzili, coś tam wie, ale nie bardzo. Jestem ciekawy jak oni przyjmą książkę, bo tam oprócz reporterskiego opowiadania o faktach, jest 200 zdjęć, które są po prostu dramatyczne. Choćby siechnicki Kozanów w wodzie, bloki, które odbijają się w wodzie.

Gdzie Pan był, kiedy nadeszła wielka woda?

Aaa, byłem z rodziną w Pogorzelicy. Dwa tygodnie wcześniej obchodziliśmy hucznie nadanie praw miejskich Siechnicom i jak tylko obchody się skończyły, pojechałem z rodziną na wakacje. To nawet jest zabawne, ponieważ codziennie dzwoniłem do domu, do pracy, i pytałem czy nas zaleje. Wszystkie odpowiedzi były, powiedzmy lekceważące. I jak się w sobotę 12 lipca obudziłem o godzinie 7, włączyłem od razu dziennik. Pierwsza wiadomość, która się pojawiła brzmiała: Siechnice zostały zalane. Wsiadłem w samochód i w 5-6 godzin dojechałem do pracy.

Do pracy? Do Wrocławia?

Tak, oczywiście do pracy, nie do Siechnic. Pojawiłem się na Zapolskiej w Urzędzie miejskim i przez dwa dni zajmowałem się różnymi zadaniami, jakie powierzał mi Bogdan Zdrojewski i Sławomir Najnigier. Między innymi w niedzielę przewoziłem 1,5 tony paliwa do portu, żeby fekalia nie wybiły w Rynku, bo im się benzyna kończyła w agregatach. W poniedziałek prezydent Zdrojewski zgodził się, żebym pojechał do Siechnic i zobaczył jak tam wygląda sytuacja. Zobaczyłem rzecz dramatyczną, więc Zdrojewski zwolnił mnie z miasta, oddelegował do Siechnic, bo to był również rejon obrony Wrocławia. Od poniedziałku 14 lipca byłem non stop przez dwa tygodnie w Siechnicach.

Jak wyglądało życie zalanego miasta?

To było bardzo ciekawe, ponieważ woda ustąpiła nieco. Do momentu, kiedy mogła się przelać przez koronę wału do drogi krajowej nr 94 na południe do zlewni rzeczki Szaluny. I tak odpływała do Wrocławia. Jednak nie mogła zejść całkowicie, ponieważ okazało się, że przy kolejnych modernizacjach z Siechnic zrobiono wannę bez korka z Siechnic. W niektórych miejscach stało metr wody. Ciągle zalane były domy, zwłaszcza w starej części miasta, ludzie zaczynali się burzyć. Na ulicach leżało 550 sztuk utopionych świń. W ZZD (Zootechniczny Zakład Doświadczalny) stały dwie obory, w jednej udało się spuścić krowy z łańcuchów i utopiło się tylko kilkadziesiąt sztuk, druga została całkowicie utopiona. Ludzi prawie wcale nie było, ponieważ albo wyjechali, albo zostali w sobotę rano ewakuowani. Życie się powoli organizowało, najpierw we wtorek zrobiło się zebranie mieszkańców, wtedy ludzie głównie walczyli o usuniecie padliny, potem o wypompowanie wody i wreszcie zorganizowanie żywności i wody pitnej.

Mieszkańcy Siechnic podeszli fatalistycznie do tej klęski?

Wtedy wszystko było jeszcze dobrze. Pękło koło 18, kiedy ludzie chcieli, żeby spuścić tę całą wodę, w której stały ich domy, bali się, że te poniemieckie domy się rozsypia. Postanowiliśmy więc wykorzystać przedwojenny przepust, który łączył rowy melioracyjne po obu stronach drogi nr 94. Wtedy jednak nadeszła druga fala powodziowa i władze absolutnie nie chciały się na to zgodzić. Ludzie mimo to zaczęli kopać, a władza zareagowały ostro przysyłając ZOMO. Doszło do nocnego starcia między mieszkańcami Siechnic i policją. Dopiero rano udało się ściągnąć prof. Leona Kieresa, który podjął się mediacji. Udało mu się doprowadzić do ugody. Ludzie odstąpili od przekopywania ulicy, w zamian za to dostarczono nam doskonałą pompę z Holandii, która zaczęła te wodę wypompowywać. Emocje opadły.

Jaki najtrudniejszy moment odbudowy?

Myślę, że kwestie związane z usuwaniem padliny. To była dramatyczna sytuacja, groziła epidemią...

Mało kto pamięta, że powodzi towarzyszyła upalna pogoda.

Te 550 sztuk świń utopiło się w sobotę, zaczęto je zbierać w środę, po pięciu dniach. Sanepid bardzo szybko poradził sobie z bydłem, które zginęło w oborze, bo wszystkie leżały na terenie ZZD, ale świnie się rozbiegły i tu zaczęły się schody. Padlina leżała wszędzie: na ulicach, w domach, ogrodach. Przywieziono 20 żołnierzy, rekrutów, z odpowiednim sprzętem, koparkami. Tyle, że chłopcy wjeżdżali na podwórko i topili się w błocie, nie wiedzieli gdzie się kończy bruk. Dopiero kiedy dostałem ich pod komendę, zabraliśmy się metodycznie do roboty, dom po domu, ogród po ogrodzie, z rozwalaniem komórek i zabudowań gospodarczych. W sześć dni usunęliśmy padlinę. To było niezwykle trudne, ponieważ w każdej chwili groziło nam, że wojewoda otoczy Siechnice kordonem i ogłosi kwarantannę.

Woda zeszła, padlina usunięta, ale życie od razu nie wróciło do normy?

Myśmy mieli trochę szczęścia, mamy osiedle, które stoi na górce, chłopcy nielegalnie podłączyli prąd...

Nielegalnie?!

Ogrodnictwo ma zasilanie z trzech źródeł, więc zdjęli kable i poprzepinali je... Woda też była z ogrodnictwa, pół miejscowości miało więc podstawowe udogodnienia cywilizacyjne: prąd, wodę i kanalizację. Stare Siechnice przez prawie dwa miesiące pozbawione były takich „luksusów”, ale mieszkańców łączyły więzi rodzinno-towarzyskie, więc dość szybko to wracało do normy. Mieli gdzie się wykąpać się i zjeść. To ładnie zafunkcjonowało. Potem zaczęło się normalne życie - wielkie sprzątanie. Niektóre mieszkanie były opróżniane w całości. Bo wbrew pozorom wcale nie trzeba było dużo wody, żeby zniszczyć wszystko. Ale ludzie sobie poradzili błyskawicznie, byłem zdumiony, że w ciągu dwóch lat śladu nie było po powodzi. A później zaczęła się gra o przyszłość, o rozwój i udało nam się tę grę wygrać. Mówiąc szczerze, szermując przede wszystkim klęską powodzi.

Całe bebechy, infrastruktura została wymieniona?

Wszystko... Oba mosty kolejowe zostały zniszczone, więc dostaliśmy nowe, most drogowy na Oławce zniszczony, więc kompletny remont, ulice wyremontowane, sieci wyremontowane, sieć centralnego ogrzewania elektrociepłownia wymieniła po latach, mamy nowocześniejszą niż we Wrocław, i do tego uzbroiła całą miejscowość. Siechnice zyskały przede wszystkim na inwestycjach komunalnych, które otworzyły mnóstwo pustych terenów w środku miejscowości. To tam weszli deweloperzy. Nagle się okazało, że w Siechnicach można kupić stosunkowo tanie, a przy tym przyzwoite mieszkanie, a dojazd do Wrocławia jest niezły.

Kiedy zaczyna padać, biegnie Pan do okna i sprawdza czy nie nadchodzi kolejna powódź?

Raczej nie. Zrobiono olbrzymią robotę i jesteśmy dużo bardziej bezpieczni, niż byliśmy. Musiałoby napadać daleko, daleko więcej wody. Mówią, że w 1997 roku była powódź tysiąclecia, myślę, że zagroziłaby nam dopiero powódź dwutysiąclecia.

Hanna Wieczorek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.