Simon. Kryminalista, który dzwoni do szefa NIK, gdy są kłopoty

Czytaj dalej
Fot. Artur Drożdżak
Artur Drożdżak

Simon. Kryminalista, który dzwoni do szefa NIK, gdy są kłopoty

Artur Drożdżak

- No cześć. Jakiś facet przyszedł upierdliwy. Z telewizji - mówił Wiesław K. ps. Simon, do szefa NIK Mariana Banasia. Nagrany w kamienicy przy ul. Krasickiego w Krakowie dialog ujawnił kilka spraw: że kryminalista zwraca się „na ty” do wysokiego urzędnika państwowego, że zna jego numer telefonu i że świetnie się komunikuje z byłym szefem resortu finansów. Warto więc nakreślić portret Wiesława K.

Z akt jego ostatniej sprawy karnej (która zakończyła się przed krakowskim sądem wyrokiem w listopadzie 2017 roku) wynika, że oskarżony Wiesław K. ma 170 cm wzrostu, zielone oczy, waży 90 kg, jest rzeźnikiem, osobą żonatą i posiadającą dwoje dzieci. Zajmuje się pomaganiem synowi w prowadzeniu działalności gospodarczej.

Z doniesień medialnych wynika, że wspiera potomka w zajmowaniu się pensjonatem, który funkcjonował w krakowskiej kamienicy szefa NIK. Faktycznie odbywało się tam wynajmowanie pokoi na godziny w celach matrymonialnych.

Z zeznań świadków na procesie „Simona”, oskarżonego o groźby karalne i naruszenie nietykalności cielesnej sąsiadki Anny Z., wyłania się obraz człowieka agresywnego, impulsywnego i wulgarnego.

To, że wzburzony „Simon” niezbyt potrafi się kontrolować, widać choćby na wspomnianym nagraniu „Superwizjera”, gdy rusza w kierunku dziennikarza Bertolda Kittela, gdy ten rejestruje kamerą rozmowę Wiesława K. z szefem NIK.

Wyrok za groźby

Ostatnia sprawa karna Simona zakończyła się dla niego wyrokiem skazującym i wymierzeniem kary grzywny w wysokości 2 tys. zł. Z ustaleń prokuratury wynika, że był uciążliwym sąsiadem - zwłaszcza dla lokatorów, którzy mieszkali bezpośrednio nad nim w kamienicy w krakowskim Podgórzu.

Trzy kolejne lokatorki wyprowadziły się, nie mogąc znieść wulgarnych odzywek, gróźb, wyłączania prądu i przebijanych opon w aucie.

Tylko ostatnia zdecydowała się na złożenie doniesienia.

Groził jej śmiercią, bo miał pretensje, że jej kot za głośno spaceruje po podłodze, a podczas ciszy nocnej gra muzyka. Wyłączył Annie Z. prąd - co nie było trudne, bo otwarta skrzynka z zabezpieczeniami była na korytarzu. Gdy kobieta przyszła, by włączyć korki, została spoliczkowana i wulgarnie zwyzywana.
Zajście nagrała dyktafonem w komórce.

Straszenie piłą

Przed laty „Simon” z bratem Januszem K. ps. Paolo też wypowiadali groźby karalne.

„Fakty” TVN uzyskały informacje od rzecznika prasowego Sądu Okręgowego w Elblągu, że pochodzący z Iławy Wiesław i Janusz K. przed laty próbowali odzyskać ponad 1000 złotych pożyczki.

Pokrzywdzonych straszyli obcinaniem rąk i nóg.

- Sąd przyjął, że potwierdziły się groźby dotyczące użycia piły motorowej oraz zgwałcenia córki pokrzywdzonego - mówił Tomasz Koronowski, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Elblągu.

Jednak najpoważniejsze przestępstwo bracia K. popełnili w 2005 roku w centrum Krakowa - o czym szeroko rozpisywała się wówczas prasa, bo na krakowskim Kazimierzu doszło do spotkania członków konkurencyjnych grup przestępczych.

Z jednej strony byli ludzie Jacka M. ps. Marchewa, z drugiej - Wiesława K. ps. Simon i jego brata Janusza ps. Paolo.

Z akt wynika, że doszło do konfliktu związanego z kontrolowaniem seksbiznesu.

„Marchewa” miał swoje agencje towarzyskie, „Simon” też inwestował w ten interes. Jego siostra Anna L. mieszkała na Kalwaryjskiej i była właścicielką agencji towarzyskiej Proron.

15 maja 2005 r. wszedł tam nieznany nikomu chłopak i rozlał śmierdzący kwas masłowy, podobne incydenty były w innych lokalach rodziny K. Niespodziewanie miesiąc później w Protonie pojawił się „Marchewa”.

- Pokręcił się, rozejrzał, nic nie chciał, ale zrozumieliśmy, że będą kłopoty - zeznała Anna L., która od trzech lat prowadziła ten biznes. Dodała, że „Marchewa” był grzeczny, zamienił kilka słów z dziewczynami. - Nigdy nie chciał haraczu - dodała. Naradziła się z braćmi i - jak zeznała - dzwonili gdzieś i w nocy pojechali na Starowiślną, by spotkać się z „Marchewą”. Skrzyknięto mocną ekipę, ale grupa braci K. została mocno poturbowana - dostali ciosy siekierami, nożami i maczetami.

- Przypuszczam, że zostali pobici przez grupę „Marchewy”. Nie będę mu płacić, wolę zamknąć interes - nie kryła Anna L.

„Marchewa” umywa ręce

Jacek M. zaprzeczał, by miał starcie z „Simonem”. Zeznał, że tamtej nocy zajrzał do Night Klubu VIP przy Starowiślnej. Gdy wychodził z lokalu nad ranem, zaczepił go znajomy i proponował dalsze imprezowanie. Wyszli na zewnątrz i wtedy podjechało kilka aut, wysiadł „Simon”, którego zna z widzenia, bo prowadził wcześniej night club w Podgórzu.
„Simon” pytał o młodych ludzi jeżdżących mercedesem, jakby ich szukał.

- Prosiłem, by jego ludzie weszli do samochodów i nie blokowali ulicy, bo zaraz ktoś zadzwoni po policję. Potem wsiadłem do auta i odjechałem - opowiadał „Marchewa”. Rozstali się w zgodzie, bójki żadnej nie było.

- Tylko z mediów wiem i z plotek, że doszło do wojny gangów - mówił i zaprzeczył, by żądał haraczu. Dodał, że nie umawiał się z „Simonem” na spotkanie, on podjechał przypadkowo. Kilka dni wcześniej był u niego w klubie na Kalwaryjskiej; gadali, że „Simon” chce sprzedać klub za 30 tys. zł, bo interes nie idzie.

- Proponował mi zakup, ale nie byłem zainteresowany - twierdził „Marchewa”. - Nie wiem, skąd bójka po moim odjeździe ze Starowiślnej - dodał.

O sprawie Wiesława K. ps. Simon i o porachunkach grup sutenerów pisaliśmy w 2005 roku

Faktycznie doszło do starcia obu grup i regularnej bitwy, która trwała dwie-trzy minuty. Pojawiła się policja, a gdy jeden z funkcjonariuszy próbował zatrzymać ludzi z czerwonego escorta, kierowca uderzył go drzwiami i padł przypadkowo strzał z broni służbowej policjanta. Wtedy wezwano posiłki i zaczęto wyłapywać uczestników zdarzenia. Niektórych ujęto na pogotowiu i w szpitalach.

Zatrzymano 18 osób.

Obcy i kibole

Połowa tej grupy to ludzie powiązani z „Simonem”, gównie z północy, z Warmii i Mazur: Torunia, Elbląga, Kurzędnika.
Druga to rodowite krakusy, wśród nich kibole Wisły Kraków, których nazwiska pojawiły się po kilku latach w głośnych sprawach pseudokibiców. Chodzi o Krzysztofa R. ps. Rybka czy Michała W. ps Zibi. Świadkiem w sprawie był też inny kibol Wisły, Patryk L.
„Przypadkowo” wszyscy byli w jednym lokalu. Gdy usłyszeli, że jest zadyma, niektórzy - jak tłumaczyli-pojechali na ulicę Starowiślną.

„Simon” nie chciał powiedzieć, z kim miał się tam spotkać. - Boję się o zdrowie i życie rodziny. Pewne osoby kazały nam zrezygnować z interesu i opuścić Kraków - zeznawał. Pojechał, jak tłumaczył z nastawieniem, że uda się dogadać w kwestii prowadzenia agencji. W aucie miał miecz, dwa noże i pałkę.

Z ustaleń prokuratury wynika,że „Simon” był uciążliwym sąsiadem. Dostał wyrok w 2017 roku za groźby karalne. Miał zapłacić 2 tys. zł.

Wyrok za ustawkę

- Zaczęliśmy rozmawiać z mężczyzną, który przewodził grupie przeciwnej i w pewnej chwili ktoś rzucił hasło : „zabić ich”. Ta grupa na nas ruszyła, a ja przestałem kontrolować sytuację - relacjonował „Simon”.

Nie był w stanie opisać przebiegu bójki. Zapamiętał huk uderzeń w auto i to, że dostał w głowę . Odmówił podania, kto go zaatakował.

Wszyscy oskarżeni dostali kary grzywny i wyroki w zawieszeniu za udział w bójce z użyciem niebezpiecznych narzędzi, a niektórzy za zacieranie śladów przestępstwa (próbowali naprawić pojazdy uszkodzone w trakcie ustawki). Teraz, po latach, „Simon” znów dał o sobie znać.

Artur Drożdżak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.