Śląskie demony i straszydła. One spędzały sen z powiek mieszkańcom Śląska [WIDEO]

strzyga strzyga

Utopek, skarbnik, diobeł, strzyga - to demony, które straszyły mieszkańców na Górnym Śląsku. Jak wyglądały i jak można się było przed nimi uchronić? Opowiedziała nam o tym dr Agnieszka Przybyła - Dumin, kierownik działu naukowego chorzowskiego skansenu, gdzie w noc muzeów zwiedzający mogli spotkać się z tymi śląskimi strachami.

Miał łuski na twarzy, siatę na ryby i przypiętą do ręki płetwę, żeby odwiedzający w noc muzeów chorzowski skansen nie mieli wątpliwości, z kim mają do czynienia. Przy stawie czekał na nich utopek. I trzeba było na niego bardzo uważać, żeby nie ulec pokusie i nie wejść za nim do wody...

Utopiec albo utopek to jeden z demonów, który budził strach wśród mieszkańców Górnego Śląska. Ale opowiadając o nim i innych demonach ostrzegano się w ten sposób przed różnymi niebezpieczeństwami.

Dr Agnieszka Przybyła -Dumin, kierownik działu nauki z chorzowskiego skansenu mówi, że opowiadania demonologiczne w pierwszej kolejności pełniły właśnie funkcję ostrzegawczą.

– Doskonałym przykładem może być południca. Pojawiała się na polach w lecie, między godziną 12 a 13. Wówczas należało zejść z pola, mieć jakieś nakrycie głowy albo udać się do cienia. Jeśli tego się nie zrobiło, to południca brała się z takim człowiekiem za bary, a potem w parę dni umierał poturbowany ciężko. Czym była południca? Dla nas dzisiaj to udar słoneczny. Wówczas jednak zaobserwowano, że coś się dzieje z osobami, które pracują w południe. A ponieważ niebezpieczeństwa personifikowano z rozmaitymi zjawiskami, toteż zinterpretowano tę obserwację zgodnie z systemem wierzeń, który wówczas obowiązywał i pojawił się demon - opowiada dr Agnieszka Przybyła -Dumin.

A jakie inne demony spędzały sen z powiek mieszkańcom naszego regionu? Jak wyglądały i jak można się było przed nimi ustrzec? Postanowiliśmy to sprawdzić, które z nich pojawiały się w śląskich podaniach i wierzeniach.

Utopka bij lewą ręką

Jak mówi nam dr Przybyła -Dumin szczególnie słynny na Śląsku był właśnie utopek. W niektórych podaniach można znaleźć opis jego bardzo wyjątkowego wyglądu.

– Mówiono, że był to człowieczek o zielonych, rybiowyłupiastych oczach, świecących na zielono zębach, długich, rozczochranych włosach. Ale wiele opowiadań mówi o tym, że to był zwyczajny człowiek. I właściwie osoba, która go spotkała orientowała się tylko po kapiącej z rękawa wodzie, że ma do czynienia z nieczystą siłą - wyjaśnia kierownik działu nauki skansenu.

Ale utopek był też bardzo sprytny i mógł przybierać postać jakiejś bardzo pożądanej rzeczy. Dla mężczyzny mógł być np. fajeczką, dla kobiety koralami, a dla dziecka zabawką. Oczywiście wszystko miało na celu skuszenie takiej osoby, by weszła za nim do wody. Co mogło bardzo źle się skończyć.

Opowieść o utopku miała w ten sposób przestrzegać i dorosłych, i dzieci. – Mówiono, że trzeba być ostrożnym, gdy podchodzi się do wody. W niektórych momentach w roku w ogóle nie można było wchodzić do niej z racji tego, że ten demon mógł wciągnąć w odmęty - dodaje dr Przybyła -Dumin.

Jak radzono sobie z utopkiem, który nagle stanął na czyjejś drodze? Sposobów była kilka, żeby go przegonić.

Można było go bić ślubnym guzikiem, jednak jeśli ktoś akurat nie miał przy sobie tego „oręża”, utopka mógł załatwić ręką. Trzeba było jednak pamiętać, żeby bić go lewą, bo prawą dodawało się mu siły. Pomóc miało też zjedzenie dwukrotnie pieczonego chleba, noszenie przy sobie różańca albo szkaplerza. Przed wejściem do wody powinno się także przeżegnać, żeby w ten sposób uchronić się przed czyhającym demonem.

Podwójne imię chroni przed strzygami

Na Śląsku wśród demonów można było też spotkać strzygonia (w formie męskiej) albo strzygę (w formie żeńskiej). Jak mówi nam dr Agnieszka Przybyła-Dumin: to zło w czystej postaci.

Strzygonie to nasze śląskie wampiry. Jednak nie zawsze musiały zostawiać ślad ukąszenia na czyjejś szyi, żeby wysysać z niego energię. Nie zawsze też wstawały z grobów, z czym zwłaszcza je kojarzono. Mogły leżeć pod ziemią i ssać palce albo koszulę i w ten sposób osłabiać rodzinę, z której pochodziły.

Według podań i opowieści o strzygoniach były to demony ludzi, którzy urodzili się z podwójną duszą.

- Rozpoznawano taką osobę po znamieniu, albo po zębach, bo według podań miały mieć ich dwa rzędy. Mówiono też, że miały dwa serca – wyjaśnia dr Agnieszka Przybyła-Dumin, która podczas badań terenowych dowiedziała się, że przed strzygoniami w rodzinie miało pomóc nadawanie dwóch imion dziecku na chrzcie. – Może dlatego mamy teraz z nimi spokój – żartuje dr Przybyła-Dumin.

Strzygonie to demony, które nie zmieniały swojej postaci i wyglądały jak zmarła osoba, która nimi była. – Opowiadano bardzo często, że sąsiad mijał sąsiada, mówił „dzień dobry” i dopiero później orientował się, że przecież jego sąsiad już nie żyje, dopiero co został pochowany – dodaje dr Przybyła-Dumin.

Podejrzenie o strzygonia w rodzinie padały często w momencie, gdy pojawiały się epidemie i nagle umierało wiele osób. Wtedy rozkopywano groby, żeby upewnić się czy demona nie było w danej rodzinie. O tym miały świadczyć np. znaki wstawania z grobu albo zakrwawiona koszula. Chodziło też o to, żeby ze strzygą ostatecznie się rozprawiać, aby już nie wstawała z grobu.

Bo w ochronie przed strzygoniami miało pomóc np. włożenie zmarłemu pod język karteczki z imieniem. Obracano też takiego zmarłego twarzą do dołu, aby wgryzał się w ziemię, a nie wychodził na zewnątrz. Ten zabieg trzeba było jeszcze zakończyć uderzeniem w tylną część głowy. Odcinano też głowę i wkładano ją między nogi zmarłego.

Dr Agnieszka Przybyła-Dumin mówi, że historie o strzygoniach powodowały, że z wielką dokładnością przygotowywano zmarłych do pochówku i dbano o wszelkie powinności przed pogrzebem. – Sprawdzono, czy w ustach nie ma nitki, czy nie ma dostępu do wysysania – dodaje dr Przybyła-Dumin.

Skarbnik pierwszym inspektorem BHP

Ale wśród demonów grasujących po Śląsku zdarzały się też całkiem przyzwoite straszydła. Jednym z nich z pewnością był skarbnik.

Skarbnik to demon podziemia, który pojawiał się górnikom. – Z różnych powodów. Czasami ostrzegawczych, czasami towarzysko, czasami pomagał biednym i uczciwym górnikom. Ale każdy górnik musiał pamiętać, że przez skarbnika może zostać ukarany – mówi dr Agnieszka Przybyła-Dumin.

Było kilka zaleceń, do których górnicy musieli się stosować, aby nie ściągnąć na siebie gniewu tego demona. I tak pod ziemią nie wolno było głośno się zachowywać, śpiewać, gwizdać, przeklinać, „być wczorajszym”, nie wolno było być leniwym albo nie udzielić komuś pomocy.

-Większość tych zaleceń miało przełożenie na pracę górników. Zatem na dobrą sprawę to przepisy BHP, zanim te się pojawiły – dodaje dr Agnieszka Przybyła-Dumin. Bo przecież np. głośne zachowanie mogło albo sprowadzić niebezpieczeństwo, albo spowodować, że nie usłyszy się nadchodzącego zagrożenia lub kogoś wołającego o pomoc.

Skarbnika wyobrażano sobie w różny sposób. Często pojawiał się jako starzec z siwą brodą, mógł być też w stroju górnika. Ale jak każdy demon mógł przybierać też inne postacie. Mógł być zatem zwierzęciem, które można byłoby spotkać w kopalni, albo przedmiotem, który spadł do płytkiego szybu.

Nie kupuj mleka po zachodzie Słońca. Może być od heksy

Rzucanie uroków, podkładanie chorób, pozbawienie krów mleka – to tylko kilka z nieszczęść, które mogła sprowadzić heksa, czyli czarownica. Jak mówi nam dr Agnieszka Przybyła-Dumin na wsiach często o paktowanie z siłą nieczystą posądzane były też np. zielarki, znachorki, akuszerki. Bo wiedziały więcej niż inni.

W przeciwieństwie też do innych demonów, heksy za życia świadomie decydowały się na przyjęcie tego fachu i „szkoliły się” w tym zakresie. – Były półdemonami – wyjaśnia kierownik działu nauki w chorzowskim skansenie.

Z heksami był taki problem, że potrafiły się zdenerwować ot tak, po prostu. I wtedy się zaczynało. Poza urokami i chorobami, mogły też zagarniać cały plon z pola. Czasami powodowały też różne kataklizmy: susze, wichury, plagi szkodników.

Dr Agnieszka Przybyła-Dumin zwraca uwagę na szczególny problem z mlekiem, który pojawia się w tych opowieściach demonologicznych. Ale i na to znajdowano sposoby.

Nie wolno było np. kupować, sprzedawać albo pożyczać mleka po zachodzie słońca. Twierdzono bowiem, że w tej sprawie po zmroku chodzą tylko czarownice.

Natomiast jeśli już kogoś dosięgnął urok rzucony przez heksę, to musiał np. przetrzeć się lewą stroną koszuli, polizać po czole, w wodzie należało utopić okruszek chleba i zapalone zapałki.
Jednak w tym wszystkim heksę trzeba było zidentyfikować. Na to mieszkańcy Górnego Śląska też znaleźli kilka metod.

Czarownica mogła ujawnić się np. jeśli ktoś zaglądał przez dziurkę deski trumiennej albo ksiądz patrzył na wiernych przez monstrancję. Przed Bożym Narodzeniem, od wspomnienia św. Łucji, które przypada 13 grudnia aż do Wigilii przygotowywano specjalny stołek, a gdy klęknęło się na nim w pasterkę można było się przekonać, która jest czarownicą we wsi.

W jaki sposób? – Przedstawiały się wówczas „jako ze skopkami na głowie” – mówi dr Agnieszka Przybyła-Dumin.

Jednak dodaje, że w opowiadaniach o heksach niewielki procent mówi o tym, jak się z nimi rozprawiono. - Bano się tej kobiety, która była heksą. Ale trzeba zaznaczyć, że to nie był zupełnie jednoznaczny demon. Ona była zarówno tą szkodzącą, ale zwracano się też do niej o pomoc – mówi pracownik skansenu.

Diobeł dotrzymał paktu. Ale nie o takie czerwone pończochy chodziło…

Wśród demonów spędzających sen z powiek Ślązaków był oczywiście diobeł. - Według śląskich wierzeń był to pyszny anioł strącony z nieba do piekieł. Zresztą była taka opowieść swojego czasu, że te, które spadły do wody, stały się utopcami, a te, które na ziemię, mogły być czortami – mówi dr Agnieszka Przybyła-Dumin.

Diobeł kręcił się po ziemi i kusił ludzi do grzechu. Chciał też z nimi paktować. No i sztuką największą było się oprzeć tym pokusom, które czort oferował. Bohaterowie tych podań źle kończyli, gdy z diobłem zaczęli się zadawać.

- Jedna z barwniejszych opowieści mówi o kobiecie, która dała się namówić do zrobienia czegoś złego w zamian za czerwone pończoszki. W momencie, gdy przyszła po swoją nagrodę, diabeł odwrócił ją do góry nogami, zdarł jej skórę z nóg i… miała czerwone pończoszki. Nikt dobrze nie kończył, kto podpisał pakt z diabłem – opowiada dr Agnieszka Przybyła-Dumin.

A w jakich postaciach pokazywał się diobeł? Mógł być niemal każdym zwierzęciem, często występował jako pies z gorejącymi oczami i ognistym pyskiem. Jednak nigdy nie pojawiał się jako baranek albo gołąbek, które są symbolami Boga.

Natomiast jeśli diobeł pojawiał się w postaci człowieka, to osoba, która go spotykała, mogła go rozpoznać po wystającym kopycie albo rogu. Ale mógł też pojawiać się w chichocie, trzasku, skrzeczeniu, albo w nawałnicach: burzy, wichurze…

Sposób na niego był jeden: nie grzeszyć. Ale przed nimi miały też chronić różne sakralne przedmioty albo gesty.

Bebok czyhał na niegrzeczne dzieci

Siedział pod łóżkiem albo na strychu – bebok to zmora, przed którą przestrzegano zwłaszcza niegrzeczne dzieci. Czasami pojawiał się też z workiem, żeby mieć gdzie je chować.

Według przekazywanych opowiadań różnie wyglądał. Miał być czarny, oczy miał mieć wielkie jak staw, a czasami i z trzech stron głowy.

Uwolnij miedznika

Innym strachem, którego można było spotkać na Śląsku był miedznik, czyli jedna z form „błędnego ognika”.

– Miedznik to osoba, która za życia oszukała sąsiadów i zaorała część ich pola albo wchodziła w konflikt z tymi osobami. Stąd po śmierci musi pokutować - opowiada dr Przybyła-Dumin.

Znakiem rozpoznawczym miedznika był kamień graniczny z zagarniętej miedzy, który ze sobą taszczył. Jeśli ktoś spotkał miedznika i ten go zapytał, gdzie ma go położyć, trzeba było wówczas odpowiedzieć: „daj go tam, skąd za życia go wziąłeś”. I w ten sposób można było wybawić duszę miedznika.

Meluzyna buczy, a Sralabartek niszczy snopki

Wśród straszydeł na Górnym Śląskim pojawia się też Meluzyna. – Mogła to być dziewczyna, która zapragnęła mieć „sto koszul” i przez to przędła nawet w niedzielę i za to została ukarana. Wszystkie koszule zostały porwane, a ona zniknęła. Mogła to też być dzieciobójczyni, która pokutuje po śmierci, albo kobieta, którą mąż opuścił, a ona tęskni za dziećmi – opowiada dr Agnieszka Przybyła-Dumin.

Na Śląsku objawiała się w postaci wyjącego wiatru, mówiło się wówczas, że Meluzyna buczy albo płacze. Aby ją uspokoić trzeba było wysypać na wiatr szczyptę mąki albo soli, aby mogła nakarmić swoje dzieci.

Podczas nocy muzeów, odwiedzający skansen w Chorzowie mogli też spotkać Sralabartka. To – podobnie jak Meluzyna – wietrzny demon. I problemu z nim było co niemiara. To on przenosił kopki siana z miejsca na miejsce, potrafił tak zakręcić piachem, że boleśnie to odczuwali ci, których trafiło to w łydki albo mógł przenieść chłopa z wozem i końmi.

Dr Agnieszka Przybyła-Dumin mówi, że Sralabartek to demon znany zwłaszcza w Zagłębiu Dąbrowskim, na Śląsku występował jako określenie dla czorta.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.