Smecz towarzyski. To nie tłumy turystów są głównym problemem w Tatrach

Czytaj dalej
Fot. fot. archiwum autora
Przemysław Franczak

Smecz towarzyski. To nie tłumy turystów są głównym problemem w Tatrach

Przemysław Franczak

W Tatrzańskim Parku Narodowym najmocniej dziwią trzy rzeczy i żadna z nich nie ma nic wspólnego z przewalającymi się przezeń tłumami turystów. To ostatnie zjawisko jest zresztą wyczerpująco opisane i udokumentowane, nie ma się więc nad czym rozwodzić, nie ma czego analizować i nad czym znęcać. I choć zwłaszcza za te brudne chusteczki zostawiane wzdłuż szlaków karałbym tygodniem prac społecznych w inicjatywie Czyste Tatry, to do szalonej popularności tego miejsca z jej wszystkimi konsekwencjami zdążyliśmy, chcąc nie chcąc, przywyknąć. Co więc dziwi tak bardzo, a o czym nie wspomina się wcale?

Po pierwsze - głucha cisza. Tak, brzmi to paradoksalnie, bo przed oczami staje wam od razu Morskie Oko gwarniejsze od Rynku w Krakowie w szczycie sezonu turystycznego, a w myślach słyszycie warkot kolejki w Dolinie Chochołowskiej. Jednak to też nie jest cisza turystycznego offroadu, chodzi o coś innego. W Tatrach bowiem aż do tego stopnia została już przetrzebiona z drzew część reglowa, że z leśnego życia słychać tylko brzęczenie much obsiadających gnijące wióry. Ten proces cały czas postępuje. Nie tylko przez kornika, klimatyczne zmiany i halny, bo też - to zdziwienie drugie - owa cisza nader często przerywana jest przez ryk spalinowych pił i silników traktorów. TPN miejscami nie przypomina parku narodowego, lecz pole agresywnej gospodarki leśnej. I, tak na oko, znacznie więcej w niej eksploatacji surowca niż prac porządkowych, przyrodniczych i troski o bezpieczeństwo turystów. Bo tu zdziwko trzecie: niektóre szlaki przypominają już tylko drogę do zwózki drewna, a nie trasy tworzone dla piechurów. Ścieżka nad Reglami wygląda w tej chwili w wielu fragmentach jak po przejeździe kilku dywizji pancernych, które zostawiły po sobie głębokie wykroty. Ruina.

Widok jest opłakany. Przy ulewach szerokimi korytami, wydrążonymi przez uzbrojone w łańcuchy koła ciągników, płyną potoki błota, a już po jednym deszczu to nie jest wycieczka tylko runmaggedon, obejścia są bardziej męczące niż podejścia na przełęcze. Nawiasem mówiąc, nie ma żadnych ostrzeżeń, że szlak jest zniszczony, a warunki mogą stanowić spore utrudnienie dla osób starszych lub rodziców wędrujących z małymi dziećmi. Nie mój przypadek, uprzedzam z góry, gdyby ktoś zakładał - a wielu ochoczo by tak uczyniło - że szedłem tamtędy w klapkach oraz z niemowlakiem w jednej, a puszką piwa w drugiej ręce.

Nie wszystko to wina decyzji władz TPN, wciąż są miejsca, gdzie kontrolę mają ograniczoną - administrowaniem częścią terenów w Tatrach Zachodnich zajmuje się Wspólnota Leśna Uprawnionych Ośmiu Wsi - niemniej to przecież problem dla całego parku. Praktyczny i wizerunkowy. Wzór tablicy informacyjnej, że przekracza się granicę TPN jest w końcu jeden.

Gdy ponad 65 lat temu zakładano TPN, tutejsza przyroda była obrazem nędzy i rozpaczy. Nawet jeśli teraz rozpoczynamy zupełnie nowy cykl, czyli erę poświerkową, to chyba nie musimy przykładać aż tyle piły, ręki i traktorowego bieżnika do historycznej rekonstrukcji tamtego stanu dewastacji. Bo trochę łyso.

Przemysław Franczak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.