Strajk nauczycieli. Matematyczka z Dąbrowy Górniczej nie odpuszcza. Teraz głoduje

Czytaj dalej
Fot. joanna urbaniec
Bartosz Wojsa

Strajk nauczycieli. Matematyczka z Dąbrowy Górniczej nie odpuszcza. Teraz głoduje

Bartosz Wojsa

Monika Ćwiklińska to nauczycielka matematyki z Dąbrowy Górniczej, która jako pierwsza z Zagłębia Dąbrowskiego dołączyła do protestu w Małopolskim Kuratorium Oświaty w Krakowie. Od poniedziałku trwa tam strajk głodowy, który ma być jasnym sygnałem dla władz: pracownicy oświaty domagają się podwyżek.

Dlaczego pojechała pani aż do Krakowa, by protestować w sprawie podwyżek dla nauczycieli?
Protest już się tutaj odbywał, a naszym celem nie jest sparaliżowanie wszystkich kuratoriów oświaty w Polsce. Z Dąbrowy Górniczej do Krakowa mam blisko, więc długo się nie zastanawiałam. Tak naprawdę protest trwa w Małopolskim Kuratorium Oświaty od 11 marca, ja dołączyłam dwa dni później. Minęły prawie dwa tygodnie od tamtego czasu, a nasza akcja praktycznie w ogóle nie została zauważona przez rząd, czujemy się tak, jakbyśmy byli niewidzialni. Zdecydowaliśmy więc o zaostrzeniu protestu i od poniedziałku, 25 marca, rozpoczęliśmy strajk głodowy.

W ten sposób chcecie wywalczyć podwyżki?
Chodzi nam nie tylko o sprawy płacowe, choć są one oczywiście bardzo ważne, ale walczymy także o godność zawodu nauczyciela. To istotny dla nas moment - chwila, w której tak dużo mówi się o naszej ciężkiej pracy, ale i o upadku statusu nauczyciela w ostatnich latach.

Niektórzy, w tym przedstawiciele Ministerstwa Edukacji Narodowej, mówią, że strajk odbije się najbardziej na uczniach.
My, jako Solidarność pracowników oświaty, weszliśmy już w spory zbiorowe z naszymi pracodawcami, czyli dyrektorami placówek oświatowych. Ten spór wciąż się toczy, a zgodnie z ustawą, na jego końcu przewidziany jest strajk nauczycieli. Nie jest to najszczęśliwsze rozwiązanie dla nas czy dzieci, ale to ostateczność. Stąd na razie protest, który rozpoczęto w Krakowie, prowadzony w innej formie. Jego hasło brzmi „Rozwiązujmy sprawy dorosłych między dorosłymi”.

Lekcje w szkołach są jednak odwoływane ze względu na braki kadrowe.
Dopominamy się o nasze prawa, o realizowanie naszych postulatów, zapraszamy do rozmów przedstawicieli rządu. I nic, nikt do nas nie przyjechał przez cały ten czas. Zostaliśmy postawieni pod ścianą. Słyszymy ludzi, którzy mówią, że to nieetyczne, żeby nauczyciele strajkowali, odchodzili od dzieci, uniemożliwiali im zdawanie egzaminów. Zgadzamy się z tym, ale oprócz tego, że jesteśmy nauczycielami, jednocześnie jesteśmy też pracownikami, którzy samą nauczycielską misją nie nakarmią swoich rodzin.

Planowany przez nauczycieli strajk w trakcie egzaminów państwowych jest pani zdaniem właściwy?

Nikt tak gorliwie nie krytykował lekarzy czy pielęgniarek, którzy odchodzili od łóżek pacjentów w trakcie swoich strajków, albo akcji policjantów, przechodzących masowo na zwolnienia lekarskie. Ci wszyscy ludzie, przedstawiciele tych grup zawodowych, odchodzili od tych, którymi powinni się opiekować. Uderzanie w nas, że jesteśmy niemoralni, nieetyczni, że robimy krzywdę dzieciom - jest nie fair. Wszystkim wolno, tylko nie nam? Problemy w oświacie nie pojawiły się dzisiaj, tylko lata temu. Czas powiedzieć: dość.

Co przelało czarę goryczy?
Chyba to, że nasze sprawy znów są zaniedbywane, a nauczyciele źle traktowani. Nasz protest nie ma barw politycznych, nie interesuje nas, kto jest przy władzy. Ostatnio w jednej z telewizji przeprowadzano wywiad z byłą minister edukacji, Joanną Kluzik-Rostkowską, która przekonywała, że podczas rządów PO-PSL zarobki nauczycieli wzrosły o 50 procent. Zagotowało się we mnie, ponieważ to wierutne kłamstwo. Wyciągnęłam rozporządzenia płacowe z poprzednich lat i policzyłam zarobki na początku rządów tych partii, porównując je do tych z końca ich kadencji. Zarobki wzrosły o 31 procent. Trudno mówić, by ta liczba była bliska 50 procent. Nie wspominając już o tym, że jakby spojrzeć na inflację w poszczególnych latach, to i tak drepczemy w miejscu i to jest kwestia wieloletnich zaniedbań.

Chodzi tylko o zarobki? MEN ciągle podkreśla, że przecież zaproponowano podwyżki 3 razy po 5 proc. co pewien okres aż do 2020 roku.
Nauczyciele podnoszą, że to podwyżki zbyt małe, ale moim zdaniem, propozycja MEN być może zostałaby przyjęta przez środowisko, ponieważ w tym zawodzie pracują mimo wszystko głównie ludzie, którzy poświęcają się dla dzieci, często kosztem własnych rodzin, o czym każdy bliski nauczyciela wie doskonale. Problem w tym, że przy okazji mowy o podwyżkach przemycono o wiele gorsze dla nas zmiany. Wydłużono ścieżkę awansu zawodowego nauczyciela z 10 na 15 lat. To, co zrobiono z oceną pracy nauczyciela w Karcie nauczyciela, przechodzi ludzkie pojęcie. W każdej szkole dyrektor miał ustalić regulamin określający blisko 100 wskaźników oceny pracy nauczyciela! Oceniany nauczyciel musiałby na piśmie udowadniać spełnianie ponad 20 kryteriów. Pani minister wycofała się z tych regulaminów, jednak zapisy w Karcie nauczyciela, dotyczące nowej formuły oceny, pozostały. Do tego cały czas dorzuca nam się nowe obowiązki, które powodują, że musimy spędzać dużo więcej godzin nad różnymi planami, sprawozdaniami, ewaluacjami, które oddalają nas od pracy z dzieckiem. Gdy zaczynałam pracę w zawodzie w 1991 roku, moje główne obowiązki oscylowały wokół działań w szkole: przygotowanie się do lekcji, przeprowadzanie ich, przygotowanie i sprawdzanie klasówek, testów, prowadzenie zebrań z rodzicami, organizowanie wycieczek. Jednocześnie udzielaliśmy pomocy psychologiczno-pedagogicznej swoim podopiecznym. Dziś poziom biurokracji jest tak wysoki, że na pracę z dzieckiem, na której tak nam zależy, nie ma po prostu czasu.

Jak rodzice i uczniowie oceniają państwa protest?
Opinie są podzielone. Niektórzy uważają, że nauczyciel powinien pracować i opiekować się dziećmi, inni nam kibicują i przyznają rację. Największe problemy są na przykład w szkołach specjalnych czy w przedszkolach. Starsze dzieci ze szkół ponadpodstawowych jakoś sobie poradzą. Oczywiście, ewentualny strajk podczas egzaminów gimnazjalnych czy dla ósmoklasistów powiększyłby ten problem, ale my czujemy się już bezradni. To nie jest wołanie od dziś. Czas konsultacji i rozmów minął, a my widzimy, że nasze postulaty nie znajdują zrozumienia. Minister Zalewska, wbrew naszym opiniom, wprowadza złe zmiany do prawa oświatowego, więc co mamy zrobić? Jest jeszcze czas, pierwsze egzaminy rozpoczynają się dopiero 10 kwietnia. Myślę, że postępujemy więc fair. Dajemy możliwość dogadania się, wyciągamy do rządzących rękę.

Co musi się stać, by konflikt z MEN został zażegnany?
Podwyżki dla nauczycieli, ale i zmiana systemu nagradzania, który dziś jest skomplikowany, niesprawiedliwy i uznaniowy. Żądamy też wycofania nowej formuły oceny pracy nauczyciela. To jest to, czego byśmy chcieli.

Bartosz Wojsa

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.