Stroma droga do marzeń. Przenieśli „Góry dla Miłosza”. Niepełnosprawny chłopiec został najmłodszym zdobywcą Małego Szlaku Beskidzkiego

Czytaj dalej
Fot. Archiwum rodziny Pałaszewskich
Patryk Osadnik

Stroma droga do marzeń. Przenieśli „Góry dla Miłosza”. Niepełnosprawny chłopiec został najmłodszym zdobywcą Małego Szlaku Beskidzkiego

Patryk Osadnik

Miłosz urodził się jako wcześniak. Nie dawano mu dużych szans na przeżycie, ale ten niepełnosprawny chłopiec w wieku niespełna 7 lat został najmłodszym zdobywcą Małego Szlaku Beskidzkiego. Nie udałoby się to bez jego rodziców. Mariusz, tata Miłosza, poświęcił karierę zawodową, żeby zostać w domu z synem. Dziś jest jego fizjoterapeutą, taksówkarzem, opiekunem i najlepszym przyjacielem.

Stroma droga do marzeń. Przenieśli „Góry dla Miłosza”

- Miałem pewne wyobrażenie o tym, jak będzie wyglądało nasze rodzicielstwo i w ogóle cały nasz świat, kiedy Miłosz się urodzi. Oczywiście, były w tym góry. Kiedy urodził się za wcześnie, doszły do tego wylewy i nikt nie mógł przewidzieć, jakim będzie dzieckiem, a pewne było tylko to, że jego rozwój będzie nieprawidłowy, całe to wyobrażenie legło w gruzach - mówi Mariusz Pałaszewski, tata.

Miłosz urodził się 25 grudnia 2012 roku. Nie był to najlepszy pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia, jaki mogli wyobrazić sobie jego rodzice - Mariusz i Justyna. Chłopiec przyszedł na świat w 27. tygodniu ciąży. Rokowania lekarzy były niekorzystne. Noworodek ważył zaledwie 990 gramów. Jego rodzice podkreślają, że życie uratowała mu jedynie ciężka praca lekarzy.

Kiedy urodził się za wcześnie, doszły do tego wylewy i nikt nie mógł przewidzieć, jakim będzie dzieckiem, a pewne było tylko to, że jego rozwój będzie nieprawidłowy, całe to wyobrażenie legło w gruzach - Mariusz Pałaszewski

Mariusz starał się nie rezygnować z marzeń i gór. Zauważył, że przez pierwsze lata życia i tak nosiłby Miłosza w nosidle, więc nie wszystko było stracone. Wtedy nadszedł kolejny cios - Miłosz najprawdopodobniej nigdy nie będzie widział - tak brzmiała diagnoza.

- To był moment załamania. Co z tego, że wniosę swojego syna nawet na najwyższy szczyt, jeśli on nigdy nie zobaczy tego co ja, nie poczuje tego piękna? - pogrążał się Mariusz.

Pierwsze miesiące życia Miłosz oraz jego rodzice spędzili w szpitalach. Chłopiec przeszedł kilka wylewów, lekarze stwierdzili u niego wodogłowie pokrwotoczne. W szóstym miesiącu życia okazało się, że jednak widzi. Do domu przyjechał 8 czerwca 2013.

Długa droga w górę. Na początek Równica

Dwa miesiące po wyjściu ze szpitala, 17 sierpnia, rodzice zdobyli z Miłoszem pierwszy szczyt - Równicę (885 m n.p.m.) w Beskidzie Śląskim.

- To była realizacja moich marzeń - przyznaje Mariusz z ogniem w oczach. Ten ogień zawsze towarzyszy mu, kiedy mówi o górach.

Tata Miłosza już wtedy wiedział, że Równica nie jest najwyższym szczytem i najtrudniejszym podejściem, z którym zmierzył się razem z synem. Jeszcze w szpitalu rodzice zdecydowali, że to Mariusz zostanie w domu. W październiku, kiedy Justynie skończył się zaległy urlop, mama Miłosza wróciła do pracy.

- Dziś już nawet nie wiem, jak mam określić to, czym się wtedy zajmowałem - śmieje się Mariusz. - Prowadziłem kilka serwisów internetowych. Była to niby praca stacjonarna, ale wiązała się z kilkutygodniowymi wyjazdami do Warszawy.

W tamtym czasie małżeństwo miało kilka planów: kupić mieszkanie, zmienić samochód, doczekać się dziecka i żeby Mariusz wreszcie zmienił pracę. Udało się wszystko. Największe zmiany spowodował ostatni punkt, ponieważ Mariusz z wydawcy portali internetowych stał się... fizjoterapeutą, opiekunem, najlepszym przyjacielem oraz pełnoetatowym tatą Miłosza. Mariusz karmił, przewijał i przede wszystkim zajmował się rehabilitacją syna.

Kiedy ktoś mówi o „cudzie”, to czuję się tak, jakby dał w twarz wszystkim lekarzom, ekspertom, rehabilitantom i nam, rodzicom - Mariusz Pałaszewski

- To była doskonała decyzja - uważa Justyna. - Jako matka często staram się wyręczać Miłosza w codziennych czynnościach. Mariusz jest inny, jak to ojciec. Wychodzi z założenia, że trzeba się przewrócić, a później jeszcze samemu podnieść, żeby czegoś się nauczyć.

Dziś Miłosz ma prawie 7 lat. Zmaga się z mózgowym porażeniem dziecięcym. Chodzi, choć mógł wylądować na wózku. Jego lewa noga jest jednak krótsza od prawej, więc musi nosić specjalistyczne wkładki do butów i ortezę. Rusza lewą ręką, choć według wielu nie powinien. Pozostaje jednak znaczny niedowład. Miłosz mówi, chociaż nie tyle, co inne dzieci w jego wieku, widzi, słyszy... Kilka lat temu wiele osób nie wyobrażało sobie, że może przeżyć. Cud?

- Nienawidzę tego słowa - denerwuje się Mariusz. - Kiedy ktoś mówi o „cudzie”, to czuję się tak, jakby dał w twarz wszystkim lekarzom, ekspertom, rehabilitantom i nam, rodzicom. Wszystkim tym, którzy od lat walczą o zdrowie Miłosza. To tylko i wyłącznie zasługa naszej ciężkiej pracy, którą wykonujemy od rana do nocy.

O poranku Mariusz zawozi Miłosza z domu w Piekarach Śląskich na zajęcia do ośrodka w Ziemięcicach. Później zabiera syna do specjalnego przedszkola w Chorzowie. W czasie zajęć tata ma trochę czasu dla siebie. Po szkole wracają do domu, gdzie rehabilituje Miłosza na własną rękę lub zabiera syna na ściankę wspinaczkową, basen lub do fizjoterapeutów. Wieczorem Miłosz uczy się razem z mamą.

- Są dwie szkoły - wyjaśnia Justyna. - Jedna mówi, że rodzic ma być rodzicem, nie rehabilitantem. Druga, że z dzieckiem trzeba jak najwięcej pracować na własną rękę. My wybraliśmy tę drugą drogę. Patrzyliśmy fizjoterapeutom na ręce, uczyliśmy się, a po zajęciach ćwiczyliśmy razem z Miłoszem.

Wielka Rycerzowa na własnych nogach

Góry to wielka pasja Mariusza, który jeszcze przed ślubem wciągnął w nią Justynę. Mimo obaw i strachu, góry pokochał też Miłosz. - Czasem po powrocie kręci nosem, ale kolejnego dnia pyta, kiedy pojedziemy w góry - uśmiecha się Justyna.

Na Równicę Mariusz wniósł Miłosza w chuście. Później zastąpiło ją nosidło. Kiedy Miłosz zaczął samodzielnie chodzić, od razu ruszył na szlak z rodzicami. Dwa lata temu pierwszy wszedł i zszedł z Wielkiej Rycerzowej w Beskidzie Żywieckim na własnych nogach.

Dziecko znajomych było bardzo zdziwione, że nie pomagamy Miłoszowi się podnieść, kiedy potknie się o konar i wywróci. To część rehabilitacji - Justyna Pałaszewska

Góry okazały się dla niego najlepszym sposobem na rehabilitację. Jednego dnia jest w stanie przejść kilkanaście, a nawet ponad 20 kilometrów bez niczyjej pomocy. Tutaj też ma zastosowanie zasada, że aby się czegoś nauczyć, trzeba się przewrócić i samemu podnieść z ziemi.

- Dziecko znajomych było bardzo zdziwione, że nie pomagamy Miłoszowi się podnieść, kiedy potknie się o konar i wywróci. To część rehabilitacji - wyjaśnia Justyna.

Ręce Miłosza nie są do końca sprawne. Chłopiec nie zawsze wyciąga je przed siebie podczas upadku. Mimo to Mariusz uważa, że to najlepszy sposób, żeby nauczył się bezpiecznie upadać i w przyszłości mógł stać się samodzielnym mężczyzną.

Czas na to, czego nie robi wielu zdrowych: 137 kilometrów

W sierpniu tego roku Mariusz, Justyna i Miłosz postanowili spełnić kolejne ze swoich marzeń. Wspólnie wyruszyli na Mały Szlak Beskidzki. To 137 kilometrów marszu z Lubonia Wielkiego do Straconki w Bielsku-Białej przez Beskidy: Wyspowy, Makowski i Mały.

- To było zupełnie nowe wyzwanie. Każdy z nas miał niewyobrażalnie ciężki plecak, nawet Miłosz, bo on zawsze w góry idzie z własnym plecakiem - opowiada Justyna.

Byliśmy pełni obaw, to nasza pierwsza kilkudniowa wyprawa z Miłoszem. Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać, co zabrać... Połowy rzeczy z plecaków nawet nie wykorzystaliśmy - Justyna Pałaszewska

Wyprawa trwała siedem dni. Podczas nocy spędzonych w namiocie nawet zwykłe wyjście Miłosza, by się wysikać, było niczym wielka eskapada. Trzeba było wygramolić się ze śpiwora, przeciskać przez toboły, ubrać chłopca, który ze względu na swoją niepełnosprawność nie potrafi sam tego zrobić, wyjść na zewnątrz... - Trudno wytłumaczyć dziecku, że w środku nocy nie dostanie herbaty, ponieważ nie jesteśmy w domu, tylko pod namiotem, że nie ma kuchenki - mówi Justyna.

Najtrudniejszy okazał się trzeci dzień wyprawy.

- To jest niesamowita historia - ekscytuje się Mariusz. - Gospodyni początkowo udostępniła nam altanę. Dostaliśmy poduszki, koce, było naprawdę komfortowo. Nagle około godz. 21 rozpętała się tak straszliwa burza, że w momencie wszystko było mokre. Kobieta wybiegła, zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa i zaprosiła nas do środka. Przetrwaliśmy noc.

Piątego dnia rodzina miała już pewność, że ta wyprawa musi zakończyć się powodzeniem. Dwa dni później udało im się dotrzeć do Straconki, gdzie Miłosz z rąk Szymona Barona, prezesa Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego w Bielsku-Białej, odebrał odznakę ukończenia Małego Szlaku Beskidzkiego. Okazało się, że niepełnosprawny chłopiec, który ma niespełna 7 lat, stał się najmłodszym zdobywcą tego szlaku!

- Byliśmy pełni obaw, to nasza pierwsza kilkudniowa wyprawa z Miłoszem. Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać, co zabrać... Połowy rzeczy z plecaków nawet nie wykorzystaliśmy - mówi Justyna.

Przejście Małego Szlaku Beskidzkiego to część projektu „Góry dla Miłosza”. W ten sposób rodzice starają się pokazać, jak wiele dzięki rehabilitacji osiągnął ich syn. Na portalu Zrzutka.pl prowadzona jest zbiórka, która ma pokryć roczny koszt leczenia Miłosza - 20 tys. zł.

- Marzeń mamy jeszcze wiele. Dziś jestem przekonany o tym, że dzięki ciężkiej pracy możemy je spełnić - mówi Mariusz.

Patryk Osadnik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.