Szał w markecie. Tak pracuje się przed świętami

Czytaj dalej
Anna Zielonka

Szał w markecie. Tak pracuje się przed świętami

Anna Zielonka

Przedświąteczna gorączka na dobre opanowała Polaków. Oprócz sprzątania, przygotowywania bożonarodzeniowych potraw i dekoracji oraz uczestnictwa w adwentowych nabożeństwach, panuje powszechny szał zakupów. Sklepowe półki wręcz uginają się od świątecznych ozdób i produktów spożywczych, idealnych na wigilijną wieczerzę. Kolorowe, opatrzone kolędami reklamy, zachęcają klientów do kupowania, kupowania i jeszcze raz kupowania... Końca nie widać!

Polskie markety pękają więc w szwach. A to jeszcze nie koniec zakupów. Bowiem przed nami ostatni przedświąteczny weekend. Od dzisiejszego popołudnia do niedzieli wieczorem sklepy przeżyją prawdziwe oblężenie kupujących. To nie jest żart. Zawsze przed świętami jest tak, że pojawia się o 40, a nawet o 50 procent klientów więcej niż w normalne dni w ciągu roku. A po najbliższym weekendzie jest jeszcze sześć dni, w których można dokupić brakujące produkty. Bo przecież w święta nie może niczego zabraknąć na naszych stołach.

A czy klienci podczas szału zakupów zastanowili się kiedyś, jak ciężko w tym okresie pracuje obsługa tych sklepów? Jeśli nie, to udzielimy odpowiedzi. Zapytaliśmy bowiem samych pracowników kilku marketów w naszym województwie, jak pracuje się im przed świętami Bożego Narodzenia.

Pani Maria pracuje przy kasie w markecie w Mysłowicach. Przed świętami kolejki są tu naprawdę ogromne.

- A niejednokrotnie jest tak, że szef nie pozwoli mi zejść z kasy, mimo przepracowanej liczby godzin. Mówi, że mam kolejkę. Dopóki się ona nie zmniejszy, nie pójdę do domu - opowiada kasjerka. - Na kasie trzeba być naprawdę uważnym, sprawdzać, jaki towar jest w pudełkach, które przynieśli klienci. Często mają o to do nas pretensje, wykrzykując, że uważamy ich za złodziei. A co mamy zrobić, skoro tak każe kierownik? - pyta. Niestety, łatwo się też pomylić, szczególnie na nadgodzinach, gdy człowiek jest zmęczony. - Mój kolega zamiast kartek na żywność przyjął kartki z kopalni na mleko. Były podobne, przez to musiał oddać 150 złotych z własnej kieszeni - opowiada.

W jednym z dużych sklepów w Bielsku-Białej najwięcej klientów zjawia się zazwyczaj zaraz po wypłacie i przed tymi świętami, podczas których są zamknięte wszystkie sklepy. Pan Mateusz jest porządkowym. Do jego zadań należy między innymi dowożenie sklepowych wózków. Ale nie tylko to leży w zakresie jego obowiązków.

- W czasie zmiany pracownicy odpowiedzialni za wykładanie towarów zwożą mi kartony do prasowania. Więc na przemian biegam po wózki, wracam do belownicy, znów zbieram pozostawione przez klientów wózki, by ponownie prasować kartony - przyznaje pan Mateusz. - Ostatnio czekała na mnie cała sterta pudeł. Do tego co dwadzieścia minut lub pół godziny trzeba było dowozić około 30-40 wózków. Po prostu nie wiedziałem, w co ręce włożyć - dodaje nasz rozmówca.

To dopiero jednak wierzchołek góry lodowej. Bo okazuje się, że wózkowa „zabawa” to istna syzyfowa praca, szczególnie gdy danego dnia na jednej zmianie jest mało pracowników, a klientów mnóstwo. Wtedy porządkowi przebiegają prawdziwe kilometry. - Maksymalnie mogę wziąć naraz dziesięć wózków, więc co pół godziny wykonuję minimum cztery kursy - opowiada dalej pracownik hipermarketu.

Ale zanim dowiezie wszystkie 40 sztuk, okazuje się, że przed nim kolejny kurs, bo w okamgnieniu znika już 10 wózków, które przywiózł dosłownie przed chwilą.

- A za moment zaczyna brakować kolejnych z przodu, więc muszę jeździć z tymi, które zebrałem, przez połowę parkingu. A tymczasem klienci denerwują się, że nie mają w czym wozić zakupów. Najgorsze są komentarze, że obsługa sklepu się leni - opowiada pan Mateusz.

Niektórzy pracownicy dostają też zadania specjalne. Na przykład sklepowa ochrona wielu marketów musi pilnować nie tylko porządku w godzinach otwarcia sklepu. W nocy, oprócz stróżowania, ochroniarze nie mogą też dopuścić do tego, aby... zdechły karpie. - U nas są dwa baseny, w nich pompki, by ryby miały czym oddychać. Musi być wszystko zapięte na ostatni guzik - przyznaje pan Maciej Kazana, pracownik marketu w Jaworznie. - Poza tym wykonujemy normalne obowiązki ochrony. Przed świętami musimy jednak wzmóc czujność. Licho nie śpi, a przedświąteczne zamieszanie zachęca złodziei. Musimy mieć oczy dookoła głowy - zaznacza. Dodaje, że w okresie przedświątecznym jest otwartych więcej kas i wzmocniona obsada ochrony i pracowników. O urlopie można zapomnieć. - Na szczęście w tym czasie szefowie są dla nas wyrozumiali, bo wiedzą, że mamy dużo pracy - podkreśla pan Maciej.

Pracę w wielkopowierzchniowym sklepie dobrze wspomina Łukasz Zmarzły. Swego czasu pracował w katowickim Praktikerze.

- Pracowałem w dziale ogrodniczym i największy ruch był przy żywych choinkach. Tam ludzie byli od rana do zamknięcia sklepu. Bardzo dużo pracy było też przy ozdobach choinkowych i oświetleniu świątecznym. Klienci byli czasami tak zabiegani, że prosili nas, aby im znaleźć jakąś choinkę i odłożyć, a oni potem po nią przyjadą - opowiada pan Łukasz.

Ale - jak przyznaje - choć przed Bożym Narodzeniem kupujących nie brakuje, to w sklepie remontowo-budowlanym jest zazwyczaj o wiele spokojniej niż w dużych sklepach ze wszelkimi towarami. - Przede wszystkim nie ma tam takiego wariactwa jak np. w marketach spożywczych. Podczas mojej pracy klienci zawsze byli mili, kulturalni. Bardzo często prosili o radę. I zawsze pamiętali o słowach „proszę” i „dziękuję” - zaznacza.

Anna Zielonka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.