To żaden problem pracować u Czecha. Jedynie doskwiera, że nie jesteś u siebie

Czytaj dalej
Fot. Arek Gola
Marek Twaróg

To żaden problem pracować u Czecha. Jedynie doskwiera, że nie jesteś u siebie

Marek Twaróg

14 lat temu, w pięknych czasach wielu bliższych i dalszych reporterskich podróży, pojechałem ze znakomitym fotografem „Dziennika Zachodniego” Arkadiuszem Golą do Karwiny. Chcieliśmy się przyjrzeć, jak żyją polscy górnicy, którzy w czeskich kopalniach znaleźli zatrudnienie.

To był czas po reformie górnictwa, którą przeprowadził rząd Jerzego Buzka. 100 tysięcy górników straciło pracę, jedna trzecia z nich wzięła odprawy i podpisała zobowiązanie: nigdy już nie będzie starać się o pracę w polskim górnictwie. Ich stanowiska miały zostać zlikwidowane. Co mieli robić mężczyźni w sile wieku, którzy węgiel mieli we krwi? Siedzieć przed telewizorem? Program odbił się Śląskowi czkawką. Co prawda górnictwo zreformowano, ale frustracja w rodzinach narastała. Wtedy pojawiła się szansa na pracę w Czechach, gdzie zakaz nie obowiązywał, a przecież z południa województwa dojazd nie stanowił żadnego problemu. Między innymi dlatego do dziś jest tam tylu Polaków. I wtedy, w 2004 roku, do nich pojechaliśmy. Reportaż ten znalazł się potem w książce Arka Goli i mojej, zatytułowanej „Ludzie z węgla”. Niewielki fragment tego tekstu - obok.

Barbórka widziana okiem niegórnika (gorola pewnie): kasa ekstra, którą wydają potem w Media Markt na kolejną kamerę czy odkurzacz dla starej, znaczy żony; cały miesiąc picia na jakichś karczmach piwnych; dodatkowe wolne, paczki dla dzieci; ukłony z każdej strony, choć przecież zwykle wszyscy ich olewają.
Barbórka widziana okiem górnika (z Kochłowic pewnie): dzień, kiedy widzę szacunek w oczach znajomych; Tele-express, który daje migawkę z mojej gruby; wydanie „Dziennika Zachodniego”, gdzie ciepło piszą o górnictwie; premier robi z siebie kretyna, próbując ubrać kask sztygara; można się napić w barze jak człowiek.

Barbórka widziana okiem górnika na uchodźstwie

Jest wczesny wieczór, na parkingu pod gigantycznym, posocjalistycznym Hotelovym Dumem w Karwinie robi się głośno. Górnicy po czterech wsiadają do jednego auta. Po chwili słychać pierwszy silnik i zaraz drugi, gdzieś wyje odpalany maluch, pierwsze światła, drugie, trzecie, samochody szybko się rozjeżdżają. Pięć minut i na parkingu znowu cisza. Kilkaset osób pojechało na noc do roboty. I tylko z Barbórki słychać gwar. Barbórka to jedyna knajpa w okolicy. I teraz jest tak: połowa z dwóch tysięcy polskich górników na uchodźstwie jest na szychcie w czeskich kopalniach, druga połowa w Barbórce i podobnych knajpach odpoczywa po szychcie.

Jesteśmy w Barbórce

- Spieprzajcie - częstują nas na dzień dobry ci ze stolika „Darkov” (nazwa stolika równa się nazwie kopalni).

W „Armadzie” jest lepiej: - Siadajcie. I za 12,5 korony zamawiają u podstarzałej „szefki” (kelnerki) Złotego Bażanta. Jednak w Barbórce furorę robi też Tuzemak.

- Tu, w tej knajpie, naprawdę chce się odpoczywać, rozumiecie to? - tłumaczy nam Piotrek spod Wałbrzycha. - Tu siedzisz z kolegami i dziękujesz Bogu, że jeszcze żyjesz, że w ogóle mogłeś wyjechać z dołu.

- To niebezpieczne kopalnie - wchodzi mu w słowo „chłopak z Gliwic” (tak go przedstawiają koledzy). - I nie ma opieprzania się.

Będziesz słaby, to wyjazd.
Stolik „Darkov” jest w prawym rogu Barbórki. Na wprost niego - stolik „Armady”. Gdzieś obok koślawe krzesła ludzi z kopalni „CS Młodzież” (to tu doszło do katastrofy - dop. red.). Górnicy siedzą niby razem, ale tak naprawdę dzielą ich mury. Liczy się kopalnia, w której pracują, liczy się, kto do jakiej brygady należy, liczy się, czy jesteś ze Śląska, czy z Zagłębia. - Ale generalnie wiara jest tu zgrana - uspokaja Milan, Słowak, przyjaciel paczki z „Armady”.

Dziennikarz, górnik, dwa bratanki
Po kilku piwach dziennikarz i górnik to dwa bratanki i właściwie mamy sztamę. Leszek wyłuszcza nam sprawę: - Niektórzy Czesi początkowo traktowali nas jak przyjezdnych, którzy zabierają im pracę. Ale teraz rzadko słyszy się takie głosy. Czesi nie garną się do górnictwa, więc może i dobrze, że mają teraz Polaków. A my musimy tu robić, bo w Polsce wzięliśmy kasę i podpisaliśmy, że już się nie zatrudnimy. Te kopalnie mają zbyt na węgiel, szkoda byłoby, gdyby nie mieli rąk do pracy.

Polacy dają więc ręce do pracy, a Czesi jaką taką pensję. I jeszcze Złotego Bażanta dają nam Czesi. I Tuzemaka, rum pierwszorzędny. I knajpę Barbórkę. I szefkę. Tylko trzynastki nie dają na Dzień Górnika. Dlatego, jak Polacy w Karwinie słyszą Barbórka, to wolą myśleć o knajpie niż o święcie, bo ich nerwy biorą. Wtedy znów mówią „spieprzajcie”.

(Po opublikowaniu reportażu - wersja powyżej to olbrzymi skrót - górnicy obrazili się na nas na amen. Twierdzili, że ujawniliśmy pewne tajemnice z życia hotelu robotniczego, o których w ich polskich domach nikt nie powinien wiedzieć).

Marek Twaróg

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.