Tomek "Kowal" Kowalski: Egzoszkielet pomógł mu wrócić na scenę [WIDEO]

Czytaj dalej
Ola Szatan

Tomek "Kowal" Kowalski: Egzoszkielet pomógł mu wrócić na scenę [WIDEO]

Ola Szatan

Mam nadzieję, że jak na kogoś, kto niecały rok temu nieco się zepsuł, to nie rzucam się na zbyt głębokie wody - mówi Tomek "Kowal" Kowalski. W ubiegłym tygodniu znów zaśpiewał w teatrze.

Ja już się nie wcielam w Ryśka Riedla. Jest już inna osoba, która świetnie go przedstawia ludziom. Dzisiaj po prostu mogę się odnaleźć w jego słowach, a to też dla mnie dużo znaczy – powiedział Tomek „Kowal” Kowalski, który w zeszłym tygodniu wystąpił w finale dwóch pokazów spektaklu „Skazany na bluesa”. Wokalista był bohaterem bisów, podczas których wyszedł na scenę w specjalnym egzoszkielecie i zaśpiewał kilka utworów Dżemu.

Trzy miesiące przygotowań
Dokładnie za miesiąc, 8 czerwca minie rok od koszmarnego wypadku motocyklowego, któremu uległ Tomek. W jego wyniku doznał poważnego uszkodzenia rdzenia kręgowego. Okazało się też, że ze względu na paraliż od pasa w dół, muzyk będzie musiał poruszać się na wózku. Tomek rozpoczął jednak intensywną rehabilitację, z pomocą przyszli mu też ludzie dobrej woli. Dzięki wsparciu Centrum Pomocy Osobom Poszkodowanym ERGO Hestii jako pierwszy człowiek w historii, mógł wystąpić w egzoszkielecie na deskach teatru.

Z Tomkiem spotykamy się 29 kwietnia, kilka godzin przed pierwszym występem w Teatrze Śląskim. W garderobie, w której przed wypadkiem szykował się do roli Ryśka Riedla (premiera tego spektaklu miała miejsce w marcu 2014 roku). Powrót do śpiewania nie zajął mu zbyt dużo czasu. - Nie potrzebowałem siebie do tego przekonywać. Odpocząłem sobie, trochę zagoiły mi się rany... I jak tylko byłem w stanie, to od razu wróciłem do tej przyjemności, jaką jest śpiewanie – opowiada.

Przygotowania do występu na scenie Teatru Śląskiego trwały około trzech miesięcy. - Takiej konkretnej pracy nad odnowieniem możliwości wokalnych. Dalej jest to jeszcze bardzo słabe, ale powoli coś tam się budzi w ciele – mówi z nadzieją w głosie. - Barwa głosu się zmieniła, wszystko się zmieniło, ale skoro ludzie chcą jeszcze słuchać Kowalskiego czasami, to warto ćwiczyć i pokonywać te bariery – dodaje.

Nie analizował, czy większa jest trema przed występem, czy chęć powrotu do ludzi, kolegów z teatru, którzy od początku trzymali za niego kciuki. Bardziej obawiał się, że nie da rady, gdy przyjedzie do Katowic. Będzie zbyt słaby i zwyczajnie nie „pociągnie” na scenie. - Ale też nie chciałem ludzi zmuszać do oglądania takiej poszkodowanej osoby jak ja. Nie wzbudzać litości. Inaczej to sobie wyobrażałem, że będę ludzi jakoś ożywiać, będą weseli jak mnie zobaczą, a nie dostaną taki obraz biednego na wózku.... Zobaczymy. Widocznie niektórzy ludzie też tego potrzebują, by troszeczkę się podnieść na duchu, że skoro ja mimo takiego wypadku mogę coś zrobić, to oni też sobie poradzą w życiu – mówi Tomek. - Bo życie jest piękne, prawda? A w życiu piękne są tylko chwile – dodaje z uśmiechem.

Zwłaszcza te, spędzone w Teatrze Śląskim. - Warto było tutaj kiedykolwiek uderzyć, bo człowiek przez to może narzucić sobie nowy cel. Zupełnie inny niż wcześniej planował: koncerty rockowe, wydanie płyty i gwiazdorzenie... Tutaj jest inaczej – opowiada.

Najważniejsza jest rehabilitacja
Spotkanie z widzami „Skazanego na bluesa” pierwotnie miało się odbyć miesiąc wcześniej. Ale wtedy wokalista musiał odwołać swój przyjazd do Katowic z powodu choroby. Ale nie poddał się, nie zrezygnował. - Pewnie. Jak się podniosłem z takiego dzwona (w slangu motocyklistów oznacza to wypadek – przyp.) to nie podniosę się z jakiegoś przeziębienia? Dla mnie to są już detale – podkreśla.

Jak się czuje po 11 miesiącach od wypadku? - Psychicznie jest bez zmian. Jak to mój ojciec mówi: Kowalscy nie są na miękko gotowani – śmieje się. - Byłem „twardy” od początku, ale być może też dlatego, że miałem ogromne wsparcie. Bo wielu ludzi ląduje po takim wypadku z depresją. Osamotnieni i opuszczeni. A ja mam wspaniałą rodzinę, która mnie mobilizowała – dodaje.

Najważniejsza jest rehabilitacja. Godziny ćwiczeń, zmęczenia, które i tak wywołują w nim radość. Bo dzięki temu coś się budzi, coś goi. Przyzwyczaja się do nowych metod poruszania się, przenosi z wózka na fotel i odnajduje się na nowo w tym samym co kiedyś świecie.

Jak zdradza, początki były bardzo trudne, nadal jest ciężko i trzeba liczyć się z tym, że taki stan może potrwać lata. - Nie można sobie mówić: super, coś poczułem, to zaraz będę chodzić! Po pierwsze: nie wiadomo czy w ogóle będzie to możliwe, nawet, gdy coś się poczuje. Nerwy mogą się tak odbudować, że w efekcie nie naprawią człowieka, by był taki, jak przed wypadkiem – mówi.

Ból raz jest większy raz mniejszy, ale pozytywna wiadomość jest taka, że Tomek może już normalnie spać w nocy. I nie pić nic co pomagało mu zasnąć. Energii dodają też synowie, starszy Natan i mały Eryk, który kilka dni wcześniej skończył roczek.

– Chłopaki są super! Starszy przejmuje ode mnie pałeczkę, uczy się w szkole muzycznej na dwóch instrumentach, więc będzie moim następcą. A drugi to taki trzpiot mały, że ciężko za nim nadążyć. I cieszę się, że zdążyłem ich - że tak powiem - „posiąść” przed tym przeklętym wypadkiem. Chce się żyć dla takich małych zawodników, tym bardziej, że widzę w nich samego siebie – tłumaczy wokalista.

Muzycznych planów „Kowal” ma sporo. - Te dwa wieczory w Teatrze Śląskim to jest dla mnie kontynuacja. W pewnym sensie też sprawdzian. Ale takim egzaminem był benefis mojego ojca, który odbył się w ubiegłym tygodniu. Mogłem lepiej zaśpiewać, ale była już późna godzina, a od rana siedziałem na wózku. Nie było jednak kiedy odpocząć – zdradza.

Zrobił 2000 kroków
Zbliża się próba przed występem i Tomkowi trzeba założyć egzoszkielet. To jedno z najnowocześniejszych urządzeń rehabilitacyjnych, które wysyła impulsy elektryczne do mięśni nóg i sprawia, że kończyny „same” stawiają kroki. Założenie całej konstrukcji zajmuje kilka minut, nad czym czuwają dwie osoby. Tomek podobno zaskoczył rehabilitantów, że tak szybko przystosował się do tego sprzętu. – Bo ludzie często zakładają to i sztywnieją, bojąc się wykonać jakikolwiek ruch. A ja po 2-3 dniach poszedłem i zrobiłem 2000 kroków. Podobno był to jakiś rekord – mówi z uśmiechem.

Kiedy już podczas bisów Tomek „Kowal” Kowalski wyszedł w egzoszkielecie na scenę (wspierany za rękę przez Ewę Kutynię, która w spektaklu gra Golę) widownia powitała go owacją na stojąco. Zaśpiewał (już na siedząco) m.in. utwór „Skazany na bluesa” oraz „Whisky”. Pojawił się też „Sen o Victorii”, którą dla Tomka zaśpiewali aktorzy i publiczność.

Ola Szatan

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.