Anna Dudzińska

Tu, gdzie nie liczą PKB. W Bhutanie mają szczęście narodowe brutto

Architekci nie mają w Bhutanie pola do popisu. Panuje jeden styl, który współgra z przepiękną przyrodą. Nic nie zakłóca harmonii gór, lasów, czystych Fot. Anna Dudzińska Architekci nie mają w Bhutanie pola do popisu. Panuje jeden styl, który współgra z przepiękną przyrodą. Nic nie zakłóca harmonii gór, lasów, czystych potoków
Anna Dudzińska

Zdjęcie himalaistów czekających w kolejce, by stanąć na najwyższej górze świata, opublikowały niedawno wszystkie światowe media. Podobnie jak informację o 11 ofiarach, które w tym czasie zginęły, wspinając się na Mount Everest od nepalskiej strony. Inny himalajski kraj - Królestwo Bhutanu - od kilku lat natomiast robi wszystko, aby zatrzymać masowy napływ turystów. Ich Himalaje mają pozostać niezmienione i niezniszczone. Bhutańczycy wierzą, że górom nie wolno zakłócać spokoju.

Najważniejsze ograniczenie sprowadza się do grubości portfela. Wiza kosztuje 40 dolarów, ale to nie wszystko. Za każdy dzień pobytu w Królestwie należy wnieść 225 dolarów opłaty, w ramach której gwarantuje się: trzy posiłki dziennie, nocleg w trzygwiazdkowym hotelu, przewodnika na wyłączność, auto z kierowcą, a także butelkę wody mineralnej i przekąski na szlaku. W ten przebiegły sposób władze postanowiły ograniczyć liczbę przyjeżdżających turystów. Nie może być ich więcej niż 100 tysięcy rocznie.

Szczęście wpisali sobiedo konstytucji

Wschodniohimalajskie królestwo - wciśnięte między Indie a Chiny - i otoczone ośmiotysięcznikami zaczęło się otwierać na świat stosunkowo niedawno. Jeszcze pięćdziesiąt lat temu obcokrajowcom trudno było tu wjechać. Bhutańczycy nie znali telewizorów, nie mieli skodyfikowanego języka. I byli szczęśliwi. Tak przynajmniej pomyślał król, który zamiast opisywać rozwój swojego kraju, stosując powszechny na świecie indeks produktu krajowego brutto (PKB), wymyślił „szczęście narodowe brutto”. U podstaw założenia GNH (Gross National Happiness) stoi przekonanie, że pieniądze szczęścia nie dają, a ważniejsze - tak się wydaje - są humanistyczne wartości, takie jak dobre rządy, dostęp do edukacji, promocja dziedzictwa kulturowego czy dbałość o środowisko. I tak „szczęście narodowe brutto” zostało w roku 2008 wpisane jako artykuł 9 do konstytucji Bhutanu, a billboardy informujące, że GNH mierzy się sumą uśmiechów, pojawiły się przy drogach.

Nirs i jego „szybka” droga z ograniczeniem do 50 km/h

Czy tego chcę, czy nie chcę - przewodnika po Bhutanie mieć zatem muszę. Zastanawiam się, czy będzie mnie pilnował niczym służby specjalne w Korei Północnej albo tajniacy towarzyszący pierwszym turystom wpuszczanym do Arabii Saudyjskiej?

Nirs wita mnie ubrany w bhutański strój narodowy. Czarne podkolanówki i Gho - sukienkę z materiału w ciemnobrązową kratkę przypominającą szkocki kilt. Wygląda podobnie jak 20 innych przewodników oczekujących na przypisanych im międzynarodowych turystów, którzy wysiadają właśnie z samolotu.

Tradycyjne powitanie przyjezdnych w Druk Jul - Królestwie Smoka - obejmuje opasanie tybetańskim szalem ceremonialnym, co symbolizuje czyste intencje gospodarzy. O Bhutanie od dawna mówi się, jak o jedynym miejscu w świecie, gdzie poczuć można jeszcze autentyczne tybetańskie wibracje. W odróżnieniu od tych, które bezpowrotnie zniszczyli Chińczycy w dawnej stolicy tego królestwa, w Lhasie.

Nirs pochodzi z Pachu Tar, niewielkiej wioski we wschodniej części kraju. Kilka dni po naszej rozmowie odkrywam, że w języku angielskim w internecie nie napisano o Pachu Tar jeszcze ani jednej informacji. W czasie trzydziestoletniego życia Nirsa zmieniło się tutaj właściwie wszystko.

Niedawno dopiero zbudowano 184 kilometry drogi łączącej jego rodzinną wioskę z bhutańską stolicą w Thimphu. Dojazd do wioski, w której mieszkają rodzice, zajmuje mu jednak siedem godzin. Również dlatego, że najwyższa dozwolona prędkość na bhutańskich drogach to 50 kilometrów na godzinę. W całym kraju nie ma świateł na przejściach dla pieszych, a na głównym skrzyżowaniu w stolicy ruchem steruje policjant.

Nirs wyjaśnia, że wszystkie szosy w Bhutanie zbudowali Hindusi. Coś trzeba wybrać - gdy jest się malutkim królestwem otoczonym ośmiotysięcznikami i wciśniętym pomiędzy Indie a Chiny, trzeba zdecydować się na jakiegoś sojusznika. Najwyraźniej Bhutańczycy postawili na Hindusów. Nirs za nimi nie przepada, ale przyznaje, że to właśnie oni przysłali pieniądze na zbudowanie infrastruktury.
Po co ta szkoła? Czy ona może przydać się naszemu dziecku?

Pozostało jeszcze 66% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Anna Dudzińska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.