W Michowie słychać szum. Tak się żyje pod szesnastoma wiatrakami

Czytaj dalej
Fot. Anna Kurkiewicz
Aleksandra Dunajska - Minkiewicz

W Michowie słychać szum. Tak się żyje pod szesnastoma wiatrakami

Aleksandra Dunajska - Minkiewicz

Z wiatrakami już nikt tu nie walczy. No, może prawie nikt. Emocje jednak nadal budzą. - Sąsiad to popiera, wiadomo, bo pieniądze od firmy bierze. A ja co mam z tego? Szum i ból głowy - mówi jeden z mieszkańców.

W sąsiedztwie kapliczki w Rudzienku Kolonii (gmina Michów) mieszkańcy zbierają truskawki. Kilka lat temu w tym samym miejscu, „pod figurą”, gromadzili się przeciwnicy budowy wiatraków. Dziś słychać tu szum kilkunastu turbin. Można go porównać do odgłosu przelatującego gdzieś wysoko samolotu. Marcin, właściciel plantacji (imię zmienione na jego prośbę, bo „nie chce mieć kłopotów”), pytany o życie pod wiatrakami, zamyśla się na chwilę. Ścisza głos, cedzi słowa: - Wieczorami dudnią, tak jakby ciągle pracował odkurzacz na niskich obrotach. Jak słońce najdzie na łopaty, to jest w domu dyskoteka. To się nazywa migotanie cienia. Kiedyś nikogo we wsi głowa nie bolała. Teraz ludzie się skarżą na silne migreny. Zmęczony się człowiek czuje ciągle. Nie pracą, tak jakoś ogólnie. Organizm nie może po prostu przez ten szum wypocząć. Tego się oczywiście nie da udowodnić, że to od wiatraków. Ale od czego, jak to się właśnie po ich postawieniu zaczęło?

Takie opinie nie są odosobnione. Wiesława, z Rudzienka Kolonii, 600 metrów od najbliższego wiatraka: - My tu jesteśmy przez te wiatraki otoczeni, z trzech stron stoją. Ten szum jest denerwujący. Promieniowanie też jest jakieś, tak mówią. A prąd nam jakoś nie staniał. Podatki też nie są mniejsze.

W Michowie słychać szum. Tak się żyje pod szesnastoma wiatrakami
Anna Kurkiewicz Agnieszka Kusyk ma do najbliższego wiatraka około 600 metrów: - Już chyba do nich przywykłam, bo rzadko zwracam uwagę na hałas, jaki robią.

Elżbieta (także z Rudzienka Kol., 600 m od wiatraka): - Przyjeżdżam tu tylko na wakacje. Po ciszę i spokój. A nie żeby słuchać buczenia i huczenia. Tymczasem jak do ogródka idę, to za ogrodzeniem widzę cztery wiatraki. Słyszę je też wyraźnie. Ale czy ktoś mnie pytał o zdanie?

Andrzej, właściciel składu budowlanego z Michowa, 700 metrów od wiatraka: - Trudno nie zwracać na nie uwagi. Mam ciągle takie wrażenie, jakby w pobliżu fala obijała się o brzeg morza. Siostra narzeka na silne bóle głowy. Ja też często wstaję rano i jedna kawa nie pomaga, druga nie pomaga.

Nie brakuje jednak także takich, którzy przekonują, że wiatraki nic w ich życiu nie zmieniły. Może poza krajobrazem za oknem. - Szum czasami słychać, ale to nie jest jakoś dokuczliwe. Ludzie mieszkający kilometr od ruchliwej trasy mają gorzej. Bardziej mi chyba przeszkadzają motocykle pędzące po ulicy - zaznacza Grzegorz z ul. Szkolnej w Michowie (kilometr od wiatraka). - Na początku trudno było się przyzwyczaić. Zwłaszcza rano i wieczorem ten szum był dokuczliwy. I jak się przekręcały, to tak skrzypiały dziwnie. Teraz to już przywykłam chyba, bo rzadko zwracam na to uwagę - mówi Agnieszka Kusyk z Rudzienka Kol. (600 metrów od wiatraka). Jarosław z Trzcińca: - Zmieniło się tyle, że dużo młodych ludzi z okolicy przyjeżdża na te nasze pola na ślubne sesje zdjęciowe. A u mnie w Trzcińcu gmina drogi wyremontowała, mówią, że za te pieniądze z podatków od wiatraków.

Zofia Sykut, Rudzienko Kol., 700 metrów od wiatraka: - Nie przeszkadzają mi. Jeden wiatrak mam nawet u siebie na działce. Żyjemy tak samo jak wcześniej. Szum słychać, ale trudno mówić o hałasie. Czasami silny wiatr jest głośniejszy. I nie dlatego tak mówię, że u mnie na działce wiatrak stoi i firma płaci mi za dzierżawę. Mówię tak jak jest.

Z władzą nie wygrasz

Farma wiatrowa w gminach Michów i Abramów (powiat lubartowski) jest największa w województwie. 16 turbin (trzy w gminie Abramów, reszta w Michowie) ma w sumie moc 51,2 MW. Zaczęły działać w grudniu 2015 r. Inwestorem była spółka Elektrownie Wiatrowe Wschód. W ub.r. instalację kupiła Grupa IKEA.

W Michowie słychać szum. Tak się żyje pod szesnastoma wiatrakami
Anna Kurkiewicz Marianna Sienkiewicz: - W sprawie wiatraków byłam bezstronna. Ale teraz prawnuczki rzadziej mnie odwiedzają.

Część mieszkańców protestowała przeciwko inwestycji. Ich działania opóźniły budowę o trzy lata. - Z czasen ludzie dali spokój, bo wiedzieli, że z władzą i tak nie wygrają - wspomina Marianna Sienkiewicz z Michowa (kilometr do wiatraka). Roman Adamczyk z Rudna, obecnie radny gminny w Michowie, był przywódcą protestów. - Firma przyszła do gminy i po cichu ułożyła się z panem wójtem. A potem ludziom uniemożliwiono samoobronę, stwierdzając, że nie są stronami postępowania. Za takie uznano tylko osoby mające działki w obrębie zasięgu łopat wiatraków. A przecież to ograniczało grono osób mogących się wypowiedzieć do tych, którzy podpisali umowy z firmą na dzierżawę działek. To przecież absurd, wiadomo, że oni byli „za” - mówi Adamczyk.

- Pan radny narzeka, ale pieniądze na inwestycje to chętnie między wyborców rozdziela. A skąd je mamy, jeśli nie z wiatraków? - odcina się Janusz Jankowski, wójt Michowa. Sam mieszka 800 m od farmy. Wylicza, że w ubiegłym roku dzięki wiatrakom tylko z podatku od nieruchomości do gminnej kasy wpłynęło 1,6 mln zł. W tym roku zmieniły się przepisy i kwota ma wzrosnąć do prawie 4 mln zł. - Nasz roczny budżet wynosi 27 mln zł, więc to są kolosalne pieniądze. Wykorzystujemy je jako wkład własny do unijnych projektów związanych np. z budową dróg czy montażem kolektorów słonecznych. Ostatnio w Gołębiu powstała świetlica za pół miliona złotych. Gdybym miał jeszcze raz podejmować w tej sprawie decyzję, byłbym za wiatrakami. Właśnie ze względów ekonomicznych - dodaje.

Michał Rola, z-ca wójta Abramowa, nie jest już taki pewny.

U nas zgodę na wiatraki wydawały poprzednie władze. Dzisiaj raczej byłbym na nie. Przede wszystkim koszty społeczne są za wysokie - za duże emocje, za wiele sąsiedzkich pretensji.

Nie wszyscy mieszkańcy Michowa i Abramowa byli przeciwni inwestycji. - Jak wiatraki stawiali, to najwięcej do powiedzenia mieli ci, co na ich terenie turbiny miały stanąć. Wiadomo, pieniądze z tego mają - mówi Wiesława z Rudzienka Kol. Rolnicy, na działkach których stanęły wiatraki, oddali nieruchomości w dzierżawę. Dostają za to około 14 tys. zł rocznie. Jeśli nieruchomość nie jest wystarczająco duża, kwota jest dzielona między dwóch lub kilku właścicieli. Na więcej pieniędzy mogą zaś liczyć ci, na których terenie stoi nie tylko maszt, ale znajduje się też np. droga dojazdowa.

Pan Marcin (od truskawek) podkreśla, że na jego działce też miał stanąć wiatrak: - Ale się nie zgodziłem. Te pieniądze wbrew pozorom nie są takie wielkie. Dzisiaj to może niemało, ale co będzie za 20 lat? Poza tym wiem, że ludzie, którzy się zgodzili, mają teraz problemy, żeby ziemię przepisać albo sprzedać. Albo przejść na emeryturę. Mimo to wiele osób się skusiło. Firma potrafiła ich namawiać, twierdzili na przykład: niech pan się zgodzi, sąsiad już podpisał. I ludzie się nabierali. - Prawda jest taka, że wiele osób nie chciało u siebie turbin albo żądali ogromnych pieniędzy, a teraz narzekają. Z moim sąsiadem firma nie mogła się dogadać, więc maszt stanął u mnie. A teraz on wilkiem na mnie patrzy - opowiada inny mieszkaniec Rudzienka.

Zdaniem ekspertów, jednym z powodów, dla których wiatrakom towarzyszą tak duże emocje, jest brak komunikacji między władzami gmin i inwestorami a mieszkańcami. Na problem w 2014 r. zwróciła uwagę NIK. Kontrolerzy stwiedzili m.in., że samorządowe władze niewystarczająco informowały ludzi o planowanych inwestycjach, nie poszukiwały dla nich poparcia, a zamiast tego stawiały ich przed faktem dokonanym. Takie podejście jeszcze bardziej zniechęcało, i tak już uprzedzonych mieszkańców, do powstawania farm.

- Na pewno komunikacja jest problemem. Wielu inwestorów zaniedbuje temat konsultacji, przeprowadzając je powierzchownie - przyznaje Wojciech Cetnarski, wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej. - Jednak druga strona medalu jest taka, że mieszkańcy nie mają nawyku interesowania się tym, co się dzieje na ich terenie, zanim sprzęt nie wjedzie na pole. A wtedy czasami na sprzeciw jest już za późno.

Telewizor szwankuje

W Michowie słychać szum. Tak się żyje pod szesnastoma wiatrakami
Anna Kurkiewicz Roman Adamczyk kierował społecznymi protestami

Zdaniem Wojciecha Cetnarskiego, emocje wokół lokalizacji farm często podsycają też politycy. A rozgrzewać jest co, bo wiatrakowych lęków nie brakuje. Najpopularniejszym jest informacja, że działające turbiny szkodzą zdrowiu. Marianna Sienkiewicz z Michowa (kilometr od wiatraka) podkreśla, że farma jej nie przeszkadza. Ale też przyznaje, że odkąd zaczęła działać, wnuczka z prawnuczkami rzadziej ją odwiedza: - Mówią: babuniu, za blisko masz te wiatraki, a to szkodzi. Ja tam nie wiem, jak to jest. Nie myślę o tym, już po siedemdziesiątce jestem, to co mi się może stać. Z drugiej strony - młodzi ludzie w okolicy się budują, więc chyba się wiatraków nie boją. Oni przecież zorientowani, po internecie buszują, to chyba coś tam wiedzą. A może też tak lekceważą jak ja?

Zwolennicy teorii o szkodliwości wiatraków powołują się m.in. na opracowanie „Energetyka wiatrowa a społeczności lokalne”, przygotowane na zlecenie Senatu RP. Jest tam mowa m.in. o potencjalnie negatywnym wpływie emitowanych przez wiatraki infradźwięków. - Dysponuję też dokumentem Ministerstwa Zdrowia w tej sprawie. W internecie można znaleźć masę takich opinii - podkreśla Gustaw Jędrejek, wiceprezes Lubelskiej Izby Rolniczej, który jeździ po gminach i ostrzega mieszkańców przed wiatrakami.

- Nie ma żadnych naukowych dowodów, popartych rzetelnymi badaniami, że wiatraki szkodzą - uważa jednak Wojciech Cetnarski. Jego zdaniem, pojawiające się opracowania są zlepkiem faktów dobranych pod określoną tezę. - Na przykład w uzasadnieniu do ostatniej ustawy wiatrakowej zawarto analizę na temat zasięgu lotu kawałka lodu, który odczepił się od turbiny. Autor wyliczył, że taki odłamek może polecieć na odległość 700 metrów, co miało uzasadniać, że wiatraki powinno się odsuwać od zabudowań o prawie dwa kilometry. Tylko że obliczenia zrobił w warunkach próżniowych. Przecież to czysta propaganda.

Cetnarski przypomina, że każde postawienie wiatraków musi być poprzedzone m.in. decyzją środowiskową. Wydają je władze gmin, ale muszą je uzgadniać m.in. z Regionalną Dyrekcją Ochrony Środowiska oraz sanepidem. - Przepisy określają dokładnie normy, również hałasowe, które taka inwestycja musi spełniać. Ocenę przedsięwzięcia przeprowadzamy nie tylko na podstawie danych inwestora, ale też własnej wiedzy i opracowań naukowych - wyjaśnia Paweł Duklewski, rzecznik RDOŚ w Lublinie.

Przeciwnicy wiatraków wyliczają inne związane z nimi problemy. - Nasze nieruchomości bardzo straciły przez nie na wartości - mówi Wiesława z Rudzienka Kol. - Ludzie tu przyjeżdżali nawet z Warszawy, działki chcieli kupować. Teraz nie ma zainteresowania - dodaje pan Marcin. - Zakłócają też naziemną telewizję, przycina się odbiór - za-uważa Tomasz Piskorski z Natalina (700 metrów od wiatraka). Zofia Sykut: - Ja tam nie wiem, bo telewizora nie mam. Wyrzuciłam.

Nie składają broni

Politycy PiS zawsze wypowiadali się o wiatrakowych inwestycjach krytycznie. W województwie lubelskim posłanka Małgorzata Sadurska miesiącami torpedowała inwestycje, tłumacząc m.in., że firmy chcą stawiać turbiny za blisko domów. W ub.r. uchwalono ustawę, która uregulowała kwestie lokalizacji farm. Zgodnie z jej zapisami wiatraki można stawiać w odległości od domów nie mniejszej niż 10-krotność ich wysokości wraz z wirnikiem i łopatami. W praktyce to 1,5 - 2 km. Zdaniem ekspertów, to ograniczenie w 99 procentach wyklucza tereny Polski z jakiejkolwiek możliwości lokalizowania nowych farm wiatrowych. - Jakaś część farm dostała wcześniej pozwolenia na budowę i teoretycznie mogłyby powstać. Problem w tym, że nie wiadomo, czy w najbliższych latach Ministerstwo Energii w ogóle ogłosi aukcję na zakup jakiejś puli energii z odnawialnych źródeł. Bo może tego nie zrobić - wyjaśnia Cetnarski.

Nie tylko zmiany w prawie sprawiają, że energetyka wiatrowa ma w Polsce coraz bardziej pod górkę. Nie poddają się też jej lokalni przeciwnicy. - U nas to już musztarda po obiedzie, ale możemy zapobiec tym inwestycjom gdzie indziej - mówi Roman Adamczyk. Wspólnie m.in. z Gustawem Jędrejkiem jeżdżą po gminach. Jak mówi Adamczyk, odnieśli już pierwsze sukcesy. - Na przykład w Kamionce po jednym spotkaniu z nami ludzie przegonili inwestora - mówi. Lista miejscowości jest dłuższa: Garbów, Wysokie, Dzwola, Szastarka, Poniatowa. - Nie jesteśmy przeciwni wiatrakom w ogóle. Chodzi nam jednak o to, żeby rolnicy nie byli oszukiwani. Informujemy ich więc o potencjalnych zagrożeniach. Na przykład o niekorzystnych zapisach w umowach, jakie czasami stosują firmy wiatrakowe. Jeden z rolników nie doczytał umowy i podpisał ją nie na dzierżawę na 30 lat, ale na służebność wieczystą, czyli na 99 lat. Jak rolnicy się o tym dowiadują, to zaczyna się dyskusja. I część z nich się wycofuje - mówi Jędrejek.

Aleksandra Dunajska - Minkiewicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.