Monika Chruścińska-Dragan

W podstawówkach zrobił się tłok, a dzieci uczą się na dwie zmiany

Po reformie część szkół podstawowych ma problem: zbyt mało pomieszczeń, zbyt dużo uczniów Fot. dariusz bloch Po reformie część szkół podstawowych ma problem: zbyt mało pomieszczeń, zbyt dużo uczniów
Monika Chruścińska-Dragan

Choć trudno mówić o wyżu demograficznym w szkołach, to w niektórych placówkach w województwie śląskim zrobiło się we wrześniu na tyle tłoczno, że dzieci uczą się na dwie zmiany. Wiele z nich kończy lekcje po godzinie 17.

Dyrektorzy tłumaczą, że grafików inaczej ułożyć się nie dało, bo pojawili się uczniowie siódmych klas, którzy mają więcej zajęć od młodszych kolegów. Część szkół już wcześniej miała nadkomplet w rocznikach wymieszanych przez przymiarki do poprzedniej reformy - obniżenia wieku szkolnego.

Mało tego, w SP nr 3 w Gliwicach reforma odbiła się też na niepełnosprawnych uczniach korzystających z gminnych busów. Młodsi uczniowie, nim wrócą do domów, muszą czekać kilka godzin, aż starsi koledzy skończą lekcje. A za rok dyrektorzy szkół będą mieli jeszcze większy orzech do zgryzienia przy planowaniu zajęć. W salach lekcyjnych trzeba będzie przecież pomieścić nie siedem, a osiem roczników.

Za dużo zajęć, za mało sal. Żeby w tym roku ułożyć plan lekcji, dyrektorzy niektórych szkół musieli nieźle się nagimnastykować. A i tak nie dało się uniknąć niedogodności.

Po reformie edukacji dzieci w wielu szkołach w Śląskiem uczą się na dwie zmiany. Rekord padł w Szkole Podstawowej nr 13 w Gliwicach, w której już przed wprowadzeniem nowych przepisów było tłoczno. W tym roku zdarza się, że czwartoklasiści kończą lekcje po godz. 17. W innej szkole, również w Gliwicach, reforma odbiła się też na niepełnosprawnych uczniach korzystających z organizowanego przez gminę transportu do szkoły.

Syn pani Katarzyny z Gliwic, aby wrócić do domu podstawionym przez miasto busem, musi czekać w świetlicy trzy godziny aż lekcje skończą starsi uczniowie.

- W środy kończy o 12.25, a bus spod szkoły odbiera dzieci dopiero o godz. 15.20 - opowiada mama. - W tej sytuacji syn w domu jest ok. 16. Choć muszę podkreślić, że wysiada jako jeden z pierwszych. Podejrzewam, że reszta dzieci jest w domach dopiero około godz. 17. Gdzie zatem czas na naukę, zabawę czy odrabianie lekcji, które w przypadku dzieci z problemami trwa dłużej niż 20 minut? - pyta zdegustowana.

Pani Katarzyna zgłaszała sprawę już w gliwickim magistracie, rozmawiała też z przewoźnikiem. Jak mówi, każdy dostrzega problem, ale - póki co - nikt nie znalazł jego rozwiązania.

- Rok temu dzieci młodsze korzystały z osobnych busów, a starsze uczęszczające do gimnazjów jeździły innym. Odkąd w szkole pojawili się siódmoklasiści, którzy mają więcej zajęć niż młodsze roczniki, wszyscy jeżdżą razem - wyjaśnia gliwiczanka. - Nie wiem, jak widzą to rodzice innych uczniów, ja natomiast czuję się jak rodzić gorszego dziecka, które nie ma już prawa do tego, aby w tygodniu iść na zajęcia dodatkowe czy chociażby na podwórko, bo po prostu nie starcza na to czasu - mówi.

Dalej piszemy:

  • co na zarzuty rodziców odpowiadają władze Gliwic,
  • jak jest w innych maistach,
  • czy w innych regionach Polski jest podobnie.
Pozostało jeszcze 58% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Monika Chruścińska-Dragan

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.