W UE szukamy kompromisu dla dobra wszystkich, a nie wrogów i konfliktu

Czytaj dalej
Agata Pustułka

W UE szukamy kompromisu dla dobra wszystkich, a nie wrogów i konfliktu

Agata Pustułka

Jan Olbrycht, europoseł PO, deputowany do Parlamentu Europejskiego z województwa śląskiego VI, VII i VIII kadencji. Były marszałek województwa śląskiego. Samorządowiec, z wykształcenia socjolog. W rankingach krajowych i zagranicznych plasuje się na pozycji jednego z najlepszych posłów PE.

Po debacie w Parlamencie Europejskim pojawiły się opinie: PO strzeliła sobie w stopę, nie wykorzystała okazji, żeby skompromitować PiS na arenie międzynarodowej.
To PiS zarówno przed, jak i w czasie debaty, zachował się inaczej niż wcześniej deklarował i do czego nawoływał. Trzeba zrozumieć, na czym polega udział w debacie międzynarodowej. To zupełnie coś innego niż debata w kraju, gdzie używa się odmiennych sposobów argumentacji. My od początku zapewnialiśmy: nie będziemy stroną atakującą, nie będziemy przenosić wojny polsko-polskiej do Parlamentu Europejskiego. Mieliśmy do wyboru : w ramach bardzo krótkiego przyznanego nam głosu ostro zaatakować lub rzeczowo, ale dobitnie, przekazać swoje zdanie na temat tej debaty. Ponieważ to ja decydowałem o charakterze wystąpienia, bo z posłami PSL-u otrzymaliśmy tylko ten jeden głos, postanowiłem, że będziemy tacy, jak zawsze, czyli odpowiedzialni za słowa i za Polskę, wiarygodni, przyzwoici. Pragnę przypomnieć, że nigdy z naszej strony nie padł na forum PE głos szkodzący Polsce bądź ją szkalujący, natomiast ze strony europosłów PiS-u padały takie głosy wiele razy, czemu ostro się sprzeciwialiśmy. W tej sytuacji chodziło mi o podkreślenie, że debata w PE to nie wynik „donosów” opozycji, ale konsekwencja działań obecnego rządu. Przedstawione stanowisko, chociaż nie mogło w tak krótkim oświadczeniu być rozwinięte, nie oznacza zgody na odchodzenie od wartości demokratycznych, co wielokrotnie podnosiłem w PE i co zostało w czasie debaty wyraźnie podkreślone w głosie naszej frakcji.

Moim zdaniem, nie mieliście państwo nic do stracenia, bo i tak zostaliście nazwani „zdrajcami”, „donosicielami”, którzy podpuścili prominentnych polityków UE na nasz kraj.
Oczywiście, to gigantyczne kłamstwo i ci, którzy je rozpowszechniają, dobrze o tym wiedzą. Fakt, że Polska stała się krajem „przesłuchiwanym” przez PE, to dla nas sprawa niezwykle bolesna i trudna do zaakceptowania. Taka debata to nie jest przecież spotkanie towarzyskie. Wchodząc do UE, podpisaliśmy traktat, który zobowiązuje do przestrzegania pewnych zasad, wartości. Jeśli któreś z państw łamie warunki, nagina je, to inne państwa mają prawo spytać o to, co się dzieje. Próbowaliśmy zatrzymać tę debatę jeszcze w grudniu, a udało się nam ją tylko opóźnić. Przekonywaliśmy naszych kolegów z Europejskiej Partii Ludowej, by nie popierali tego pomysłu innych frakcji - socjalistów, liberałów i „zielonych”, i tak się stało. Uznając jednak, że należy sprawdzić fakty, nie zablokowali tej debaty. Po zmianie ekipy rządzącej Polska znalazła się w kręgu zainteresowania UE. Politycy unijni czytają relacje dziennikarzy akredytowanych w naszym kraju, słuchają ambasadorów. Wielu z nich było w szoku, gdy premier Beata Szydło usunęła flagi UE ze swojej kancelarii. Jesteśmy globalną wioską i naprawdę nasze pośrednictwo w informowaniu Europy o wydarzeniach w Polsce nie jest potrzebne. Te wszystkie głosy mówiące o nas jako o zdrajcach, mają za zadanie kompletnie nas zdyskredytować.

Po tej wtorkowej debacie można było jednak odnieść wrażenie, że Parlament Europejski składa się z samych eurosceptyków, którzy chcą rozwalić Unię. Taki przekaz poszedł do niezorientowanych.
Ciekawych i zaskakujących elementów w tej debacie było kilka. Z jednej strony, mieliśmy premier polskiego rządu, która przedstawiła się jako polityk wybitnie proeuropejski liczący na pomoc UE, choćby w sprawie ratowania górnictwa na Śląsku, bezgranicznie ufający Unii. Wiemy, że w Polsce ten przekaz jest co najmniej eurosceptyczny. Politycy PiS-u atakują Unię, a głównie polityków niemieckich.

Czy premier okłamała słuchaczy?
ie wiem, kiedy rządzący mówią prawdę i co jest prawdą: czy to, co mówi się do Polaków, czy to, co „sprzedaje” się Europie. Po prostu mamy dwa odmienne komunikaty. My, PO, zarówno w Polsce jak i w Brukseli, mówimy to samo. Mamy swoje wątpliwości, swoje poglądy, ale zawsze jesteśmy proeuropejscy. Przedstawiciele najpoważniejszych frakcji PE bardzo w tej debacie ważyli słowa, co wynika z szacunku dla dotychczasowych dokonań Polski. Dlatego nie chcieli, podobnie jak my, atakować. Formułowali wątpliwości rzeczowo, stawiając konkretne pytania. Natomiast druga strona, przeciwnicy UE i eurosceptycy, zareagowali entuzjastycznie uznając, że w Polsce pojawiła się i doszła do władzy siła myśląca tak jak oni. Mnie to osobiście zdumiewa, bo ci przeciwnicy UE są też przeciwnikami funduszy strukturalnych, rolnych, cięć w budżecie. Wiem o tym dobrze, bo zajmuję się budżetem UE i jestem głównym sprawozdawcą rewizji budżetu. Nie wiem natomiast, dlaczego z poparcia przeciwników UE, demonstracyjnie cieszyli się posłowie PiS-u. Rząd znalazł się w trudnej sytuacji, bo mimo zapewnień pani premier o miłości do UE, w końcu nie wiadomo czyim jest koalicjantem. Poza tym, to właśnie tak krytykowany przez polityków PiS-u przewodniczący PE Martin Schulz, w taki sposób podzielił głosy w ramach debaty, że po tyle samo dostali przedstawiciele małych i największych ugrupowań.

Czemu to zrobił?
To trzeba wyjaśnić. Sposób organizacji ob-rad spowodował zaburzenie proporcji głosów przewidzianych do debaty i rzeczywistego układu sił w PE. W debacie czas przeznaczony na każdego mówcę jest ściśle określony. Socjaliści nie dali Polakom ani minuty, by nie stwarzać wrażenia, że to Polacy występują przeciwko Polakom. My z podobnych powodów otrzymaliśmy półtorej minuty. Inne, radykalne frakcje, nie miały takich zahamowań.

I wiele komentarzy w Polsce jest takich: PE popiera działania rządu. W Polsce wszystko jest OK.
To przekłamany obraz. Niestety. Te duże frakcje, które mają w Parlamencie większość, w bardzo wnikliwy sposób analizują wystąpienie premier rządu, a właściwie recenzują to, czego nie powiedziała.

Ale ktoś o pani premier już powiedział „żelazna dama”.
Forma, ton wypowiedzi, wykonanie były poprawne, ale czy udało się pani premier przekonać europosłów - to już inna sprawa. Po debacie dominowało przekonanie, że nie dowiedziano się niczego innego niż to, co do tej pory było wiadome. Unijny politycy są w większości niezwykle wnikliwi i doświadczeni. Bez trudu potrafią odróżnić figury retoryczne od faktów.

Nie sądzi pan jednak, że ci politycy nie byli zbyt wnikliwi w swoich pytaniach?
To nie jest typ debaty, gdzie można reagować na wypowiedź przedmówcy. Nie ma schematu: pytanie-odpowiedź. Są oświadczenia. Proszę jednak sobie przypomnieć, że w pewnym momencie szef frakcji liberałów Guy Verhofstadt stracił cierpliwość i dopytywał premier Szydło, czy rząd podda się decyzji Komisji Weneckiej, ciała, które oceni działania wobec Trybunału Konstytucyjnego. I nie otrzymał konkretnej odpowiedzi. Dla polityków UE brak tej odpowiedzi jest bardziej znaczący od tych wszystkich miłych i podniosłych słów jakie pani premier na temat Unii wypowiedziała wcześniej.

Co będzie dalej?
Sprawy będą przebiegać dwutorowo: będziemy mieć do czynienia z oficjalnymi decyzjami, które z pewnością wywołają wiele dyskusji, i z konsekwencjami mniej widocznymi, ale takimi, które mogą okazać się bardzo dotkliwe. Z jednej strony - będą to dyskusje w Parlamencie dotyczące ewentualnej rezolucji oraz działania Komisji w ramach otwartej procedury. Z drugiej strony, skutki nieoficjalne, to np. niezapraszanie Polski do wyrażenia zdania, niepytanie Polski o pewne ważne kwestie, np. w sprawach polityki energetycznej, w kwestii brytyjskiej. Nie będzie to żaden atak czy formalna „sankcja”, ale pomijanie. Oczywiście, nie chciałbym, aby do tego doszło, zwłaszcza że do tej pory Polska znajdowała się w grupie najważniejszych graczy w UE i solidnie sobie zapracowaliśmy na tę pozycję. To naprawdę nie są przechwałki, że byliśmy traktowani jak prymus UE, kraj, z którego zdaniem i pozycją najważniejsze środowiska polityczne bardzo się liczą, bo mają do nas zaufanie. Byliśmy graczem ważnym, choć często irytujących, bo nie dawaliśmy narzucać sobie zdania, z którym się nie zgadzaliśmy. Obecność w UE to szukanie kompromisu dla dobra wszystkich uczestników tej umowy, a nie szukanie wrogów i konfliktu. A co do sytuacji w kraju: dotychczasowe zdecydowanie złe doświadczenia, nieliczenie się przez rząd z głosem opozycji i manipulowanie prawem, powodują, że przestaję wierzyć w deklaracje, jakie padły w czasie debaty.


A tak na koniec. Tuż przed posiedzeniem PE szef PiS-u spotkał się z premierem Węgier Wiktorem Orbanem, by ustalić wspólną linię wobec Unii. Ile w premier Szydło było z Orbana?

Cóż powiedzieć: z Orbanem można się nie zgadzać, ale to wyjątkowo doświadczony polityk, świetnie znający zasady rządzące Unią. Udowodnił, że krytykowany - potrafi jednak zmienić zdanie. Najważniejsze jest nie to, jak polityk wypadnie w debacie, ale co inni powiedzą w gabinetach.

Agata Pustułka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.