Wampir wyciągnięty z komina

Czytaj dalej
Dr hab. Krzysztof Gajdka

Wampir wyciągnięty z komina

Dr hab. Krzysztof Gajdka

Bandyta opisany w wysokonakładowym „Tajnym Detektywie” w ilustrowanym reportażu „Wampir z kochłowickich pól”, którego dziś nazwalibyśmy brutalnym pedofilem-recydywistą, okazał się być bezrobotnym ślusarzem ze Świętochłowic. W marcu 1932 roku ten gwałciciel i morderca był jedną z najbardziej znienawidzonych osób w Polsce. Dowiedzcie się jak został ujęty i czy spotkała go zasłużona kara.

I znowu go to dopadło. Coś w głębi jego głowy krzyczy, że musi to robić, a on, Wiktor Ceglarek, prosty ślusarz, chwilowo bezrobotny, nie umie nad tym za-panować. Włóczy się więc godzinami po centrach śląskich miast i wypatruje małych dziewczynek. Szczególnie gustuje w ośmiolatkach. Obserwuje je, czasem idzie za nimi, a kiedy już ma podejść i zagadnąć, coś go w ostatniej chwili powstrzymuje. Jakby walczyły w nim ze sobą dwie natury: ta mroczna i ta jasna. Kiedyś – gdy ta ciemna strona zawładnęła nim – zhańbił już ośmioletnią Edytkę ze Świętochłowic. Złapano go szybko, ku jego zdziwieniu jednak sąd – zamiast posłać go wprost na szubienicę – okazał się wyjątkowo łaskawy i skazał zaledwie na… sześć miesięcy więzienia. I to w zawieszeniu na trzy lata. Trzeba tu przyznać, że przez ten okres Ceglarek był wstrzemięźliwy, pracował i ożenił się. Nie chciał trafić za kratki, bo dobrze wiedział jak potraktowaliby go za jego czyn współwięźniowie. Kiedy jednak trzyletni okres próby się kończył, znowu zawładnęła nim mroczna natura i poczucie bezkarności. 8 marca 1932 roku wiedział już, że musi to zrobić. I to tego właśnie dnia. Krzyk w głowie narastał, rozsadzał skronie. Efekt: jedna dziewczynka brutalnie zgwałcona, druga śmiertelnie raniona. Policja rusza tropem zwyrodnialca, piszą o nim ogólnopolskie gazety, „Tajny Detektyw” poświęca sprawie dwie i pół kolumny, co oznacza, że sprawą będzie żył cały kraj. Dla śląskiej policji ujęcie „Wampira z kochłowickich pól” jest priorytetem i kwestią honoru. Do akcji wkracza słynny katowicki śledczy nadkomisarz Chomrański i jego ludzie.

Czarny duży chłop częstuje cukierkami

Ośmioletnia Magda wraz z o kilka miesięcy młodszą koleżanką, Ermą, wracają po szkole do domu. Lekcji było dzisiaj niewiele, więc o jedenastej są już wolne. Rozszczebiotane, maszerują Dąbrowskiego w Królewskiej Hucie w kierunku ulicy Redena, gdzie obie mieszkają. Nie spieszy im się aż tak bardzo, do obiadu przecież jeszcze sporo czasu. Rozmawiają o szkole, o lekcjach, o nowych kolegach i paniach nauczycielkach. Podoba im się w tej szkole. 8 marca 1932 roku jest mroźnym dniem. Choć wszyscy wypatrują już wiosny, zima trzyma się jeszcze mocno, a śnieg lubi nadal poprószyć. Obie dziewczynki mają jednak ciepłe kurtki, czapki i szaliki, chłód nie dokucza im więc aż tak bardzo. Rozmowę przyjaciółek przerywa pojawienie się przed nimi wysokiego mężczyzny ubranego w czarną kurtkę. Ten nawiązuje z nimi rozmowę, po czym obiecuje kupić całą torbę cukierków.

Dziewczynki nie obawiają się niczego, bo przecież wokół pełno ludzi, zresztą ten pan wydaje im się całkiem sympatyczny, a cukierki, o których mówi, są wystarczająco przekonującym argumentem, by konwersację kontynuować. W końcu nie co dzień jada się cukierki. Mężczyzna proponuje im spacer, bierze je za ręce i prowadzi w kierunku Wielkich Hajduk. Nie stawiają oporu, bo przecież idą kupić słodycze. W pewnym momencie ich „opiekun” zatrzymuje się i prosi Ermę, by poszła do sklepu kupić mu papierosy. Wpycha jej w dłoń monety, ale dziewczynka nie rusza się z miejsca. Chyba coś zaczyna przeczuwać, poza tym nie chce się rozdzielać z Magdą (dziennikarze będę później spekulować, że w ten sposób mężczyzna chciał się pozbyć niewygodnego świadka). Idą więc dalej. Widząc, że dziewczynki coraz bardziej się wahają, dopytują, dokąd idą i zaczynają oglądać się za siebie, mężczyzna postanawia wywiązać się z obietnicy. Każąc im zaczekać przy tunelu w Wielkich Hajdukach, sam idzie do sklepu i kupuje torebkę cukierków. Otrzymując łakocie, dziewczynki znów stają się ufne wobec tajemniczego towarzysza, ten zaś prowadzi je dalej ulicą Kościelną, w stronę pól kochłowickich, które o tej porze roku i dnia (pora obiadowa) są miejscem dość odludnym. Dziewczynki wiedzą, że odeszły już bardzo daleko od domu, kiedy kończą się zabudowania, zaczynają mieć obawy, że spóźnią się na obiad. Teraz jednak mężczyzna jest panem sytuacji, czuje się bezkarny, bo wokół nie widać nikogo. Kiedy ciągnie dzieci w kierunku altanki, jednej z wielu w tzw. „ogródkach szreberowskich”, te dopiero teraz zaczynają się prawdziwie bać, a wzbierającego strachu nie jest w stanie osłodzić smak słodyczy, które mężczyzna co rusz im podsuwa. Dziennikarz „Tajnego Detektywa” napisze, że „złakomiły się biedactwa na cukierki, których dawno już nie kosztowały, i wiedzione przez człowieka-zwierzę poszły po swoją zgubę”.

Docierają do stojącej na uboczu altanki należącej do niejakiego Wilhelma Prawdy z Kochłowic. Wokół nie ma żywego ducha, więc nawet ci, którzy na działkach mają króliki, jedzą teraz posiłek w domu. Mężczyzna wyłamuje dwie sztachety z płotu i każe dziewczynkom przejść przez powstałą w ten sposób dziurę, po czym wejść do zaniedbanej altanki. Tam zdziera ubranie z Magdy i dopuszcza się na niej – jak to określił dziennikarz „7 Groszy” – „czynu niemoralnego”. Stojąca z boku Erma jest tego świadkiem, krzyczy wniebogłosy, płacze i wzywa pomocy. Złoczyńca boi się, by nie ściągnęła kogoś niepożądanego tym płaczem, bierze więc do ręki dębowy kij i dwukrotnie uderza nim mocno w głowę dziecka. Dziewczynka upada na ziemię, z rozbitej głowy płynie krew. Zboczeniec zabiera ubranie Magdy oraz jej torbę szkolną i wiesza je wysoko na płocie, kilkadziesiąt metrów od altanki, tak by nie mogła ich dosięgnąć, po czym ucieka z miejsca przestępstwa. Jak się później okaże, za pieniądze, które rano zabrał żonie bez jej wiedzy, po dokonaniu przestępstwa bawił się dobrze, grając w bilard, a później oglądając w kinie film.


Ilustracja 1. Na pierwszym planie ośmioletnia Magda, ofiara Ceglarka, w tle altanka, w której doszło do „zhańbienia” dziewczynki i śmiertelnego zranienia jej przyjaciółki, Ermy.

W tym czasie w jednym z ogródków pracuje Augustyn Lasota, walcarz z Huty Bismarcka. Mężczyzna słyszy przeraźliwy krzyk dziecka, biegnie więc w kierunku miejsca, skąd głos ten dochodzi. Widzi rozebraną dziewczynkę, która stoi pod płotem i wzywa ojca, by ją stąd zabrał. Kiedy pyta, kto ją rozebrał i gdzie ma sukienkę, dziewczynka – dygocząc z zimna – odpowiada bełkotliwie: - Tam, na płocie… taki czarny, duży chłop, tam w budzie leży Erma zabita! Mężczyzna zdejmuje sukienkę z płotu, pomaga się dziewczynce ubrać, po czym prowadzi ją do wnętrza altanki. Stara się podnieść Ermę, ale zakrwawione dziecko nie jest w stanie ustać na własnych nogach. W Lasocie wzbiera wściekłość. Co za bydlak mógł coś takiego zrobić! Niechby go tylko dostał w swoje ręce! Nie czas jednak na złorzeczenia. Z pomocą dwóch znajomych hutników mężczyzna odprowadza dzieci do domów, Erma (przywieziona na wózku) trafia do mieszkania swojej babki w Wielkich Hajdukach, skąd następnego dnia zostaje odwieziona do szpitala. Lekarze stwierdzają u niej rozległe i ciężkie obrażenia czaszki. Magda – znajdująca się w tym samym szpitalu – również jest poważnie poraniona, dziecko jest po tak wielkiej traumie w potężnym szoku (gdyby nie Augustyn Lasota i jego pomoc, zapewne umarłaby z wychłodzenia organizmu). Dziennikarz „Tajnego Detektywa” dociera na oddział szpitalny, gdzie widzi Ermę (opisuje ją jako „drobniutką, wątłą i szczupłą dziewczynkę”), która właśnie odzyskała przytomność. Obok łóżeczka czuwają dwie pielęgniarki i zrozpaczony ojciec dziecka. Jak relacjonuje dziennikarz „Tajnego Detektywa”:

...biedne dziecko jęczy, przewraca się na bok, wodzi błędnym wzrokiem dokoła – straciło bowiem mowę, lewą rączką i nóżką nie włada. Wczoraj nie poznawała nawet ojca, który ze łzami w oczach, trzymając ją za rączkę, wołał po imieniu – chcąc jej przywrócić świadomość. Jak wielka rozpacz targa nerwy ojca, jaki ogrom tragedii maluje się na jego twarzy, tego nikt zrozumieć nie zdoła. Dziecko zaczęło dopiero naukę, dobrze się uczyło, zaczęło poznawać świat i ludzi, a tymczasem… Patrzę na tę tragedię biednej, małej, niewinnej istotki, na rozpacz ojca i nie mogę pogodzić się z faktem, że wszystko to jest dziełem człowieka.

Mała Erma ma w szpitalu troskliwą opiekę, ale uraz jest poważny, więc rokowania nie są najlepsze. Jeśli przeżyje, może być upośledzona na ciele i umyśle do końca życia. W ludziach, którzy już o przestępstwie wiedzą, narasta wściekłość, następnego dnia o gwałcie piszą gazety, o sprawie robi się głośno w całej Polsce, kiedy w numerze z 20 marca 1932 roku opisuje ją na ponad dwóch kolumnach wysokonakładowy i niezwykle poczytny „Tajny Detektyw”. Wściekłość na bandytę narasta, kiedy 17 marca umiera mała Erma. Jej pogrzeb, który odbył się w Wielkich Hajdukach dwa dni później, zgromadził tłumy ludzi.

Bandyta umorusany sadzą

Po południu w dniu przestępstwa niemal cała śląska policja zostaje postawiona na nogi. Na miejsce przestępstwa wysłani zostają najlepsi wywiadowcy, którymi kieruje słynny katowicki śledczy, nadkomisarz Chomrański. W czasie przesłuchania, będąca jeszcze w szoku mała Magda nie jest w stanie podać dokładnego rysopisu zwyrodnialca. Dziecko jest rozdygotane, ma gorączkę. Na miejscu przestępstwa śledczy odnajdują ślady butów bandyty, niestety, przysypane już świeżym śniegiem. Jako dowód zabezpieczony zostaje kij, którym złoczyńca uderzał w głowę Ermę. Przesłuchania robotników i właścicieli sąsiednich ogródków niewiele wnoszą do sprawy. Wygląda na to, że sprawcę będzie trudno znaleźć, może nawet pozostanie bezkarny. Zachodzi też uzasadnione podejrzenie, że niebawem zaatakuje znowu.

Policjanci nie poddają się jednak. Nadkomisarz Chomrański i komisarz Brodniewicz wpadają na pomysł (jak się później okaże – doskonały), by przejrzeć kartoteki policyjne pod kątem podobnych przypadków i wytypować grono podejrzanych, którzy dopuszczali się podobnych przestępstw lub przynajmniej byli o nie podejrzewani. Ta praca szybko przynosi efekty, gdyż odnaleziono dokumenty sprawy niejakiego Wiktora Ceglarka, który w roku 1929 dokonał „zhańbienia” ośmioletniej Edytki ze Świętochłowic, według podobnego co teraz scenariusza. Policjanci aresztowali go szybko, sąd jednak równie szybko – wierząc w zbawienną moc swojej decyzji – wypuścił go, skazując na… sześć miesięcy w zawieszeniu na trzy lata. I właśnie przez te trzy lata Ceglarek się kontrolował, skutecznie tłumiąc swoje popędy, bo nie był w tym czasie notowany w policyjnych ani sądowych kartotekach. Co więcej, ożenił się i pracował, a więc wiódł – jak mogłoby się wydawać – normalne rodzinne życie. Ostatnio jednak stracił pracę. Policjanci postanawiają mu się nieco bliżej temu tajemniczemu trzydziestolatkowi. W domu nie zastają go, dowiadują się jednak od żony, że 8 marca wyszedł około ósmej trzydzieści, podprowadzając jej oszczędności w kwocie 34 złote. Wrócił dopiero 10 marca, tego dnia nocował już w domu. 11 marca rano mówi żonie, że idzie na policję, nie czyni tego jednak, przez cały dzień włóczy się po Wesołej i Bytomskiej w Świętochłowicach. Jest ubrany tak jak w dniu przestępstwa.

Tymczasem podejrzenia policjantów co do Ceglarka przeradzają się w pewność, że ten bestialski czyn, o którym mówi się w całym kraju, jest jego dziełem. Funkcjonariusze mają za zadanie odnalezienie go. Najszybciej jak się tylko da. 11 marca policyjni wywiadowcy zauważają osobnika, który przypomina Ceglarka w Świętochłowicach na ulicy Wolności. Legitymują go i już wiedzą, że oto mają przed sobą sprawcę. Przestępca domyśla się, że o nim wiedzą, zrzuca więc zwinnym ruchem kurtkę, rzuca nią w funkcjonariuszy i zaczyna uciekać. Agenci ruszają za nim w pościg. Na Cmentarnej uciekinier zauważa otwartą bramę jednego z domów robotniczych, wbiega więc do wewnątrz i natychmiast orientuje się, że trafił w pułapkę. Jedyna droga ucieczki prowadzi na dach tego pięciopiętrowego budynku. Chce przechytrzyć wywiadowców, czeka by podbiegli bliżej. Wbiega na dach, kilka kroków za nim są wywiadowcy. Ku ich zaskoczeniu Ceglarek nie chce się jednak poddać, myślą przez chwilę, że wybierze samobójczą śmierć i skoczy w dół, ten jednak podbiega do najbliższego komina i wskakuje do środka. Planuje zsunąć się w dół i – zanim policjanci się zorientują – wyjść z przewodu w piwnicy i uciec, zanim ścigający połapią się w tym. Z racji dużej wysokości, musi jednak zsuwać się ostrożnie, zapierając się nogami i rękami, by nie runąć w dół. Policjanci zaś szybko orientują się, co zaplanował ścigany, kiedy więc – cały w sadzy – wychynął z czeluści ciągu kominowego, czekają już na niego z wycelowanymi w jego czoło rewolwerami. Funkcjonariusze muszą wyciągać Ceglarka, który klinuje się w otworze pieca. Są zmachani i umorusani sadzą, ale jeszcze tego stają się bohaterami, o których akcji entuzjastycznie rozpisywać się będą gazety. Kto wie, czy łapiąc poszukiwanego, nie uratowali życia kolejnym dziewczynkom, które mogły stać się ofiarami zdesperowanego zwyrodnialca. Obdartego i umorusanego bandytę funkcjonariusze prowadzą w kajdanach na komisariat w Wielkich Hajdukach. Ceglarek zaprzecza wszystkiemu podczas przesłuchania, udaje zaskoczonego, że jest wiązany z tą sprawą. Po przewiezieniu do Katowic sytuacja się jednak zmienia. Tu zostaje wzięty w krzyżowy ogień pytań przez doświadczonych śledczych z nadkomisarzem Chomrańskim na czele, okazane zostają mu dowody zabezpieczone na miejscu przestępstwa, a w końcu funkcjonariusze pokazują mu zdjęcia ofiar. W tym momencie Ceglarek wybucha płaczem i przyznaje się do winy. Deklaruje, że oprowadzi policjantów po miejscach związanych z przestępstwem i z danego słowa się wywiązuje. Na swoją obronę ma tylko jedno: tego dnia był pijany, więc nie zdawał sobie sprawy „z potworności swego czynu”. Podczas konfrontacji z ofiarą przestępstwa, Ceglarek zostaje przez małą Magdę (która zdążyła już nieco ochłonąć po ostatnich wydarzeniach) bezbłędnie rozpoznany, pomimo tego, że stoi wśród innych, podobnych do niego posturą i wyglądem mężczyzn.


Ilustracja 2. Nagłówek z „Expressu Niedzielnego Ilustrowanego” z 13 marca 1932 r.

Ponieważ Ceglarek cały czas powtarza, że w dniu popełnienia przestępstwa miał ograniczoną poczytalność, zostaje skierowany na badania psychiatryczne („Nowy Dziennik” relacjonuje, że miały one miejsce w Lublińcu, „7 Groszy” zaś, że w Rybniku). Opinia psychiatrów jest jednoznacznie, że jest umysłowo zdrowy. Przeciąganie czasu badań i symulowanie choroby psychicznej można uznać za świadomą strategię Ceglarka, ponieważ dzięki temu (idzie o ilość dni od zatrzymania do osądzenia) uniknął rozprawy sądowej w trybie doraźnym, która w jego przypadku musiałaby zakończyć się wyrokiem śmierci przez powieszenie (z szansą na dożywotnie więzienie, gdyby Prezydent RP skorzystałby z prawa łaski). Nic nie stoi już na przeszkodzie, by po-stawić złoczyńcę przed surowym obliczem Temidy.


Ilustracja 3. Umorusany sadzą Ceglarek w dniu aresztowania

Człowiek gorszy od najpotworniejszego zwierza

Zainteresowanie rozprawą sądową Ceglarka, która 23 września 1932 roku odbywała się w siedzibie Sądu Okręgowego w Katowicach, przeszło wszelkie oczekiwania. Pomimo tego, że było wiadomo, iż odbywać się ona będzie przy drzwiach zamkniętych, stawiły się na nią tłumy złorzeczących bandycie ludzi, którzy oczekiwali na zakończenie na korytarzach gmachu sądu oraz przed budynkiem. Do niewielkiej sali wpuszczeni zostają tylko prawników, dziennikarze oraz rodziny ofiar. Rozprawie przewodniczy wiceprezes Sądu Okręgowego sędzia dr Radłowski, oskarża prokurator Nowotny, broni „obrońca z urzędu w osobie aplikanta sądowego”. Relacjonujący rozprawę dziennikarz „7 Groszy” już po pierwszym spojrzeniu na oskarżonego nie ma wątpliwości: „Podsądny Ceglarek robi wrażenie zbrodniarza”.

Przed obliczem sędziego oskarżony przyznaje się, że 8 marca 1934 roku ukradł żonie 34 złote i za te pieniądze włóczył się po różnych restauracjach w Królewskiej Hucie i Świętochłowicach. Na pytanie sędziego, o której spotkał dziewczynki, oświadcza – ku zaskoczeniu wszystkich – że „żadnych dziewczynek w tym dniu nie spotkał, zbrodni żadnej nie dokonał, jest niewinny i nie wie, dlaczego osadzono go na ławie oskarżonych”. Już do końca procesu Ceglarek będzie wypierał się udziału w przestępstwie, nie przekonują go tłumaczenie sędziego Radłowskiego, że pogarsza w ten sposób swoją sytuację i pozbawia się możliwości wykazania okoliczności łagodzących przy wydawaniu wyroku.

Sędzia odczytuje zeznania oskarżonego ze śledztwa (w których ten przyznaje się do winy), po czym rozpoczynają się zeznania świadków. Jako pierwsza zeznaje ofiara przestępstwa, mała Magda z Królewskiej Huty. Dziewczynka opowiada o przebiegu tragicznego dnia i po raz kolejny wskazuje na Ceglarka, w którym rozpoznaje sprawcę. Komisarz policji Stanisław Brodniewicz opowiada o policyjnym śledztwie i aresztowaniu, budząc tym uznanie zgromadzonych w sali dziennikarzy, którzy w relacjach nie będą szczędzić funkcjonariuszom pochwał. Pozostali świadkowie potwierdzają jedynie wcześniejsze ustalenia ze śledztwa. W mowie oskarżycielskiej prokurator Nowotny nie kryje swoich emocji, określając Ceglarka jako „człowieka gorszego od najpotworniejszego zwierza”. Oskarżyciel – choć najchętniej widziałby przestępcę dyndającego na szubienicy – domaga się najwyższego możliwego w tej procedurze wyroku: 15 lat więzienia. W odpowiedzi Ceglarek prosi o uniewinnienie albo… karę śmierci, gdyż „nie chce niewinnie cierpieć w więzieniu”.


Ilustracja 4. Tytuł nad zdjęciem w dzienniku „7 Groszy” nie pozostawia wątpliwości, co redakcja sądzi na temat tego – jak to ujął jeden z dziennikarzy – „indywiduum”.

Sąd skazuje oskarżonego na 15 lat pozbawienia wolności i utratę praw obywatelskich na 10 lat. Taki wyrok z pewnością nie satysfakcjonuje nikogo, nawet oskarżonego, który przecież domaga się uniewinnienia. Symulowana choroba umysłowa, działanie w afekcie i ograniczona przez alkohol poczytalność okazują się wystarczającymi okolicznościami łagodzącymi, by kara opiewała zaledwie na piętnaście lat więzienia za tak bestialskie czyny. Kiedy otwierają się drzwi sali sądowej, na oskarżonego i eskortujących go policjantów napiera wzburzony tłum. Ku Ceglarkowi zmierza ojciec zamordowanej Erny, który kilka dni wcześniej patrzył bezradnie jak do grobu składana jest biała trumienka z ciałem jego ukochanej córeczki. Zwyrodnialec, który ją zabił, stoi zaskoczony kilka kroków od niego. Policjanci eskortujący Ceglarka nie zatrzymują zrozpaczonego mężczyzny, łamią na chwilę procedury, doskonale rozumiejąc jego emocje. Ten podchodzi do bandyty i bije na odlew w twarz. Zaraz potem na głowę przestępcy spadają ciosy anonimowego tłumu. W końcu policjantom udaje się jakoś przedrzeć przez kipiący nienawiścią szpaler i wyprowadzić obolałego więźnia na zewnętrzny parking, skąd więźniarką jadą w kierunku więzienia, w którym karę będzie odbywał. Gdy za skazańcem zamykają się masywne wrota zakładu karnego, on wie już, że wstąpił właśnie do piekieł. Nie ma wątpliwości jak potraktują go współwięźniowie, którzy nie znają litości dla gwałcicieli i morderców dzieci, a przecież jego sprawę znają doskonale. Zna ją cała Polska dzięki „Tajnemu Detektywowi”, który opublikował tę historię zaledwie trzy dni przed procesem przestępcy. Ceglarek będzie na dnie więziennej hierarchii. Gdyby wcześniej czytał Boską komedię Dantego pewnie mógłby sobie wyobrazić na więziennej bramie napis „Lasciate ogni speranza voi ch'entrate” (Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie). Jako że jednak dzieł Dantego Ceglarek nie czytał, czuje jedynie strach, paniczny strach, jeszcze większy niż Magda i Erma, kiedy je zniewolił w altance.

Post scriptum

W tym miejscu chciałbym zwrócić uwagę na list redakcji „Tajnego Detektywa” do czytelników, decydentów, polityków, prawników etc. List ten – opublikowany 20 marca 1932 roku – rozpoczyna ilustrowaną relację ze śledztwa i zatrzymania Ceglarka, który rozgrzał do białości negatywne emocje w Polsce. Jego autorzy dostrzegają patologie w procesach sądowych i dziwne okoliczności łagodzące, diagnozowane przez psychiatrów choroby, stany lękowe, depresje, alkoholizm etc., które pozwalają największych zbrodniarzom uciec spod szubienicy, a nawet zostać uniewinnionymi. Autorzy domagają się zmiany prawa w tej materii, pisząc m.in.:

Na tej podstawie osobnicy w rodzaju indywiduum, które dopuściło się poniżej opisanego czynu, korzystają przy wymiarze kary z okoliczności łagodzących, wpływających na zniżenie kary, a więc na skrócenie czasu pozbawienia wolności. Rzecz dziwna i zastanawiająca: zabójca, który raz w afekcie lub wskutek zbiegu nieprzychylnych momentów pozbawi życia drugą osobę (tragedie małżeńskie, miłosne itp.), otrzymuje najsurowszą karę, karę śmierci lub dożywotniego więzienia, jakkolwiek być może, że drugi raz przestępstwa takiego by nie popełnił. Osobnik natomiast zwyrodniały, pobudliwy i zboczony, którego nie można karać zbyt surowo, gdyż wskutek pewnych niedomogów duchowych, nie ponosi pełnej winy, korzysta z kary krótszej więzienia krótkoterminowego. Tak się rzecz miała ze sprawcą poniższego czynu. Popełniwszy już raz przed laty podobną zbrodnię, został skazany na kilkuletnie więzienie, jednak karę mu zawieszono, gdyż sąd spodziewał się widocznie jego poprawy. Tymczasem pozostawiony na wolności, dał on się znów porwać swemu okropnemu zboczeniu!

Głos wrażliwych społecznie dziennikarzy „Tajnego Detektywa” był do-nośny i szeroko komentowany. Tekst o Ceglarku stanowił preludium do krucjaty przeciwko pedofilii (tego słowa wówczas nie używano jeszcze, pisano raczej o erotomanach, zwyrodnialcach, zboczeńcach etc.), której zwieńczeniem było ujawnienie (również w roku 1932) afery wśród poznańskich notabli wykorzystujących nieletnie dziewczęta. Pomimo rozlicznych koneksji i znajomości we wpływowych kręgach prawniczych i urzędniczych, nie udało się oskarżonym zamieść sprawy pod dywan, ani nawet opuścić aresztu za kaucją. Na takie praktyki nie było już przyzwolenia społecznego. Najlepszym tego dowodem niech będzie fakt, że kiedy ujęto niejakiego Józefa Gawliczka, który zgwałcił a potem zamordował siedmioletnią dziewczynkę, nikt nie miał wątpliwości, że należy go postawić za to przed trybunałem doraźnym. A kara mogła byś tylko jedna: śmierć przez powieszenie. Działo się to zaledwie kilka miesięcy po ohydnej zbrodni popełnionej przez Ceglarka. I na zakończenie jeszcze pytanie: nie mamy dzisiaj, co prawda, kary śmierci, ale czyż zacytowany przez mnie powyżej fragment listu redakcji „Tajnego Detektywa” do czytelników z roku 1932 (!) stracił wiele ze swojej aktualności?

OD AUTORA
W tekstach z lat trzydziestych, na których bazowałem, przygotowując niniejszy artykuł, znajdują się pełne personalia sprawcy (tych nie waham się podać) i ofiar, w tym ostatnim przypadku oprócz nazwisk znajdują się również dokładne adresy zamieszkania. Postanowiłem używać jedynie imion trzech skrzywdzonych przez przestępcę dziewczynek, by nie rozdrapywać ran i nie przypominać tamtych smutnych zdarzeń żyjącym do dziś, być może w tym samym miejscu, rodzinom i znajomym.

Bibliografia:
Wiktor Ceglarek skazany na 15 lat więzienia. Człowiek-bestia twierdził, że jest niewinny, „7 Groszy”, 24 września 1932 r.
Wampir z pól kochłowickich, „Tajny Detektyw”, 20 marca 1932 r.
Hipokryci, „Tajny Detektyw”, 3 kwietnia 1932.
Aresztowanie ohydnego zwyrodnialca, który zniewolił dwie dziewczynki na Śląsku, „Express Niedzielny Ilustrowany”, 13 marca 1932 r.
Pogrzeby, „Wiadomości Parafialne Wielkich Hajduk”, 27 marca 1932 r.
Potworny zwyrodnialec skazany na karę śmierci, „Polska Zachodnia”, 23 lipca 1932 r.
Zwyrodnialec osadzony w więzieniu, „Nowy Dziennik”, 26 maja 1932 r.

Spis ilustracji:
W artykule wykorzystano ilustracje z następujących pism: 1) „Tajny Detektyw” z 20 marca 1932 r.; 2) „Express Niedzielny Ilustrowany” z 13 marca 1932 r.; 3) „Tajny Detek-tyw” z 20 marca 1932 r.; 4) „7 Groszy” z 24 września 1932 r.

* * *

Dr hab. Krzysztof Gajdka


Historyk literatury i medioznawca, od ponad dziesięciu lat wykłada historię prasy w katowickich, krakowskich i rzeszowskich uczelniach wyższych. Wydał Dziennikarstwo polskie na Śląsku. Zarys historyczny Jana Kudery, w najbliższych planach jest opracowanie krytyczne pt. Antologia tekstów z „Poradnika Gospodarczego” Karola Miarki (lata 1871-1872, 1879-1880). oraz książka pt. Miesięcznik „Fala” w okresie okupacji hitlerowskiej w Polsce. W cyklu Zbrodnie i sensacje sprzed lat autor przegląda z należytą uwagą pitavale na łamach dawnej śląskiej prasy, odnajdując zapomniane już dziś historie, które kiedyś elektryzowały region i były na ustach wszystkich, a dziennikarze tak ówczesnych bulwarówek, jak i „poważnych” gazet i czasopism, poświęcali im nierzadko całe kolumny. W znacznej mierze są to głośne zbrodnie oraz towarzyszące im śledztwa i – będące ich następstwem – procesy sądowe, wyroki i egzekucje.

Dr hab. Krzysztof Gajdka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2023 Polska Press Sp. z o.o.