Wesoła: to była tragedia, której do dziś nie da się zapomnieć [LINIA CZASU]

Czytaj dalej
Olga Krzyżyk

Wesoła: to była tragedia, której do dziś nie da się zapomnieć [LINIA CZASU]

Olga Krzyżyk

6 października 2014 roku to smutna data w historii polskiego górnictwa. Minął dokładnie rok od wypadku na Ruchu Wesoła KWK Mysłowice-Wesoła. Wypadku, który pochłonął pięć żyć, górników, przyjaciół, mężów, ojców… Takiej tragedii nie da się zapomnieć.

Górnicy w tym dniu przyszli na szychtę jak zwykle. Nie wiedzieli, że dla części z nich to będzie ostatnia zmiana na kopalni. Na zmianie popołudniowej w ścianie prowadzono wydobycie, jednak o godzinie 20.05 zatrzymano kombajn i zaczęto prace zabezpieczające. Już dzień wcześniej gaszono pożar endogeniczny w zrobkach pokładu 510 w rejonie ściany 560. 6 października wciąż się tam tliło. W końcu o godzinie 20.57 doszło do zapalenia i wybuchu metanu w rejonie ściany 560 w pokładzie 510 warstwa III, na poziomie 665 m. Na dole było 37 górników, w tym 10 ratowników górniczych. Akcja ratownicza pozwoliła na szybkie wywiezienie na powierzchnie 36 górników. Niestety, dopiero 18 października ratownicy odnaleźli ciało zaginionego górnika. Lekarze potwierdzili jego zgon.

Sztygar, który już od 20 lat pracuje na kopalni Mysłowice-Wesoła dokładnie pamięta dzień wypadku. Był w domu i jak zwykle wieczorem oglądał wiadomości w telewizji. Właśnie stąd dowiedział się o katastrofie.

- Moja pierwsza myśl, to to, że przecież szwagier poszedł na zmianę na 18.00. Zaczęły się telefony do kopalni, szukanie jakichkolwiek informacji co się dzieje, czy ktoś jest ranny, czy szwagrowi nic nie jest… Niczego nie mogłem się dowiedzieć, dopiero znajomi poinformowali mnie, że szwagier trafił do szpitala w Sosnowcu i podobno ma lekkie poparzenia. Okazało się potem, że jednak ciężkie – opowiada sztygar, który podczas naszej rozmowy telefonicznej musiał wyjść z pokoju, by nie mówić o wypadku przy swojej mamie. - Ciężko mi mówić, mama jest obok, to była tragedia – dodaje sztygar.

Szwagra przewieziono po tygodniu do Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich. Lekarze nie pozwalali się za bardzo widzieć z rannymi górnikami. Rodzina musiała wchodzić na salę pojedynczo.

- To był straszny widok, takie poparzenia, a to nie tylko szwagier, inny górnicy także, pełno poparzonych ludzi – wspomina sztygar.

Tragedia pod ziemią: wyrzut, dym i jęki bólu

W czasie wypadku na dole były dwa zastępy ratowników, czyli dziesięć osób, w tym jeden ratownik, który zgładził się na rozmowę z nami. Jednak tak jak i inni poszkodowani w wypadku na kopalni Mysłowice-Wesoła prosi by pozostać anonimowym.

- Pamiętam wszystko. W pewnym momencie, nagle nas wszystkich rzuciło z dobre pięć metrów. Ciśnienie z wybuchu poszło na ściany. Pomyślałem - to już koniec, nie żyjemy. Każdy z nas zdaje sobie sprawę z zagrożeń na kopalni. Tam nie ma gdzie uciec – mówi nam rok po tragedii ratownik górniczy, który podczas wypadku był w strefie wybuchu.

Na szczęście nikt z pięcioosobowego zastępu ratowników nie zginął. - Mieliśmy wiele szczęścia – dodaje ratownik górniczy. Dopiero po około 40 minutach ratownicy wyjechali na powierzchnię. Gdy dowiedzieli się, że na dole jeszcze mogą być ludzie, wtedy część z nich wróciła z powrotem na ścianę.

- Mnie zabrali do szpitala do Sosnowa. Po tygodniu przetransportowano mnie do Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich. Miałem poparzone 37 procent ciała i poparzenie dróg oddechowych. W szpitalu leżałem dwa miesiące, potem rehabilitacja i ciągłe leczenie. Leczenie wciąż trwa. Do pracy na kopalni już na pewno nie wrócę – mówi ratownik górniczy.

O powrocie na kopalnię myśli jednak górnik, który również podczas wypadku był w strefie wybuchu. I chociaż boi się powrotu na dół i wejścia do ściany to wie, że musi przezwyciężyć ten lęk.

- Nagle nas rzuciło w powietrze. Było pełno dymu, mało co było widać. Słychać było jak inni jęczą z bólu. Każdy z nas, kto tylko mógł starał się pomóc kolegom. Jeden pomagał drugiemu. Potem nas ewakuowano i karetki zabrały nas do szpitali. Część z nas była tak poparzona, że nie było wdać skóry - wspomina górnik.

Górnik został przewieziony do Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich. Trafił na OIOM. Od rodziny i z telewizji dowiadywał się co się dzieje z jego kolegami ze zmiany.

- Miałem nadzieję, że wszyscy wyjdziemy z tego. Niestety. Poginęli nasi bliscy koledzy, z którymi spędziliśmy wiele godzin wspólnie na dole. Znaliśmy się bardzo dobrze. Wiedzieliśmy już wcześniej, że coś się na dole tli, pali. Byli tam też ratownicy górniczy. Coś się działo, ale kto by się spodziewał takiej tragedii – dodaje górnik.

Cały miesiąc górnik leżał w szpitalu, potem drugi już na badaniach kontrolnych. Teraz chce wrócić na kopalnię i jak sam mówi – spojrzeć strachowi w oczy.
- Wiem, że na kopalni będą obchodzić rocznicę wypadku. Niestety z tego co wiem, większość osób już ochłonęła po tej tragedii. Ludzie pozapominali. Nie wyciągnięto odpowiednich wniosków po tej tragedii – posmutniał podczas rozmowy górnik.

Nie spoczną dopóki nie odnajdą ostatniego górnika

Podczas wybuchu na dole znajdowało się 37 górników. Szybka akcja ratownicza pozwoliła na wywiezienie na powierzchnie na początku sześciu, potem kolejnych górników. 36 górnik wyjechał na powierzchnie w nocy z 6 na 7 października o godzinie 1.25. Poszukiwania jednak trwały. Na dole pozostał ostatni górnik – Bogdan Jankowski, kombajnista.

Akcja poszukiwawcza trwała, jednak była utrudniona zważywszy na podwyższony poziom stężenia metanu. Ratownicy górniczy musieli dostać zgodę na wejście do rejonu. Dostali ją 7 października o 12.58. Ratownicy przez wiele dni przeszukiwali zadymione wyrobiska. W dzień i w nocy. 10 października pod ziemią pracowało stale od 8 do 10 zastępów ratowników, czyli 40 do 50 osób , a także pomiarowcy monitorujący stan powietrza i lekarze.

14 października zostało jeszcze około 170 metrów do pokonania do miejsca, gdzie ostatnio zlokalizowany był górnik. Jednak dopiero w dwunastej dobie od wypadku, 18 października o godz. 1.37 w nocy zastępy ratowników 440 m od wlotu chodnika na poziomie 665 m znalazły Bogdana Jankowskiego. Lekarz potwierdził jego zgon. To była trzecia ofiara wypadku na kopalni Mysłowice-Wesoła.

W sobotę rano w szpitalu, 11 października, umarł pierwszy górnik - Tymoteusz Knap. Miał 32 lata. W poniedziałek 13 października w Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich zmarł 26 letni górnik. Kolejną ofiarą katastrofy był 42-letni kombajnista, którego odnaleźli na dole ratownicy górniczy.

We wtorek 21 października zmarli kolejni górnicy. Była to czwarta i piąta ofiara wypadku na kopalni. O godzinie 2:55 zmarł 28 letni górnik, który miał poparzone 82 procent ciała i głębokie oparzenia dróg oddechowych. O godzinie 6.15 zmarł kolejny górnik z 87 procentowym poparzeniem ciała oraz oparzeniem dróg oddechowych.

Czy górnicy powinni w tym dniu zjeżdżać na dół?

Okoliczności tragedii wciąż bada Prokuratura Okręgowa w Katowicach oraz Wyższy Urząd Górniczy. Na podstawie prowadzonych badań wykazano kilkadziesiąt nieprawidłowości, które przyczyniły się do katastrofy. We wtorek 29 września tego roku odbyło się już siódme posiedzenie komisji do zbadania przyczyn i okoliczności zapalenia metanu oraz wypadku zbiorowego.

- Z ustaleń komisji wynika, że przyczyną zapalenia metanu był pożar endogeniczny, rozwijający się w zrobach pokładu 510 w rejonie skrzyżowania ściany 560 z chodnikiem XIa wsch. Na podstawie prowadzonych badań wskazano kilkadziesiąt nieprawidłowości, które w różnej mierze przyczyniły się do zaistnienia katastrofy. Najpoważniejsze z nich dotyczą: zwalczania zagrożenia metanowego i pożarowego – mówi Jolanta Talarczyk, rzecznik prasowy Wyższego Urzędu Górniczego.

W sprawie wypadku wciąż prowadzone jest śledztwo. Przesłuchano już 207 osób, niektóre z nich kilkakrotnie. Przeprowadzono, aż 235 przesłuchań. Skierowano także do sądu wnioski o ukaranie 12 osób za nieprzestrzeganie przepisów prawa górniczego.

- Wciąż jest prowadzone śledztwo w sprawie wypadku na kopalni Mysłowice-Wesoła. Nie postawiono jeszcze żadnych zarzutów. Nie jest możliwe jeszcze zebranie wszystkich dowodów. Do tego potrzebny będzie zjazd do kopalni i dostanie się do ściany 560, a to wciąż nie jest możliwe – tłumaczy Marta Zawada-Dybek, rzecznik prokuratury w Katowicach.

Termin przeprowadzenia wizji na miejscu zdarzenia wciąż nie został sprecyzowany. Prawdopodobnie będzie to możliwe dopiero w przyszłym roku. - Warunki wentylacyjne w otamowanym rejonie w dalszym ciągu uniemożliwiają wprowadzenie tam ludzi bez specjalistycznego sprzętu i uprawnień – wyjaśnia Jolanta Talarczyk.

We wstępnych wnioskach ustalono, że w rejonie ściany 560 m.in.: nie wykonywano aktywnej profilaktyki pożarowej z częstotliwością minimum jeden raz w tygodniu, jak zakładał projekt techniczny ściany oraz nie prowadzono rzetelnych pomiarów metanu i tlenku węgla, a także nie rozpoczęto odpowiedniej do rodzaju zagrożenia akcji przeciwpożarowej w związku z pożarem endogenicznym w zrobach pokładu 510 w rejonie ściany 560, który stwierdzono już 5 października 2014 r.

Co więcej wykryto, że już 5 października dopuszczono, niezgodnie z zasadami sztuki górniczej, do aktywnego gaszenia pożaru w zrobach pokładu 510, nie wycofywano ludzi z rejonu ściany 560 w pokładzie 510, podczas przekroczeń zawartości 2 proc. metanu, czy tolerowano brak stanowiska pompowego w rejonie skrzyżowania frontu ściany z chodnikiem XII wsch. To część z nieprawidłowości, jakie wykryła komisja Wyższego Urzędu Górniczego.

Pierwsza rocznica wypadku na kopalni

W wypadku na kopalni Mysłowice-Wesoła poszkodowanych było łącznie 30 osób. Część z górników powróciła do pracy, inni już są na emeryturze lub na rencie.

- Z 25 osób, cztery pracują, w tym jedna na własną prośbę została przeniesiona na inną kopalnię; dwie osoby są emerytury; kolejne dwie na rencie z uwagi na całkowitą niezdolność do pracy, jedna osoba otrzymała rentę czasową. 16 osób jest na świadczeniach rehabilitacyjnych, o ich zdolności do pracy zdecyduje komisja ZUS – wymienia Wojciech Jaros, rzecznik rasowy Katowickiego Holdingu Węglowego.

Obecnie kopalnia Mysłowice-Wesoła zatrudnia 4370 pracowników. Prowadzone jest tu wydobycie z dwóch ścian, trzecia ruszy do połowy października.

Górnicy upamiętnią rocznicę wypadku na kopalni Mysłowice-Wesoła. Uroczystości rozpocznie msza święta w intencji zmarłych i poszkodowanych górników, która zostanie odprawiona w kościele pw. Matki Boskiej Fatimskiej o godz. 16.00. Natomiast na 17.30 zaplanowano złożenie kwiatów przy tablicy upamiętniającej zmarłych w katastrofie górników, która znajduje się na budynku kopalni.

Olga Krzyżyk

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.