Wybory 1989. Nikt nie wiedział, że tak zmienią Polskę

Czytaj dalej
tos

Wybory 1989. Nikt nie wiedział, że tak zmienią Polskę

tos

To był ogromny szok. Zatkało nas - tak ogłoszenie wyników wyborów z 4 czerwca 1989 roku wspomina Grażyna Staniszewska, wybrana wówczas w Bielsku-Białej na posła. Pierwsze po pięćdziesięciu latach wolne wybory w Polsce jeszcze wtedy były ewenementem w bloku wschodnim.

Dzień po wyborach, 5 czerwca 1989 roku, na pierwszej stronie DZ znalazło się zdjęcie głosujących w Warszawie Barbary i Wojciecha Jaruzelskich. Dwa tygodnie później, kiedy relacjonowano drugą turę, na „jedynce” znów pojawiła się fotografia I sekretarza KC PZPR z żoną, ale tuż obok pokazano głosujących Danutę i Lecha Wałęsów. Ta sytuacja pokazuje sporą zmianę w mediach. W czasie trwającej kampanii wyborczej prasa i telewizja pokazywały w zdecydowanej większości kandydatów partii i jej sojuszników. O wiecach Solidarności pisano rzadko i najczęściej w negatywnym kontekście. Tak jak w wydaniu DZ z 20-21 maja, w którym skrytykowano wiec opozycji na katowickim rynku. Nie spodobał się prowadzący go Jacek Fedorowicz i piosenki legionowe śpiewane przez zespół studencki. Pochwalono jedynie doc. dra hab. Waleriana Pańkę, „który klarownie wykładał swoje racje”. Albo ta lakoniczna relacja z Tychów: „Mitingi, spotkania, festyny organizują wszyscy - młodzież, zakłady pracy, opozycja. Ta ostatnia w sobotę na pl. Bieruta tłumaczyła po swojemu, w jaki sposób głosować, kogo zostawić, kogo skreślić”.

Spotkania przy parafiach

Kandydaci Komitetów Obywatelskich nie mieli dużego pola manewru. Nie udostępniano im domów kultury, szkół, zakładów pracy. Jedyną możliwością było organizowanie wieców w miejscach publicznych czy spotkań w salach parafialnych, bo w kampanię aktywnie włączył się Kościół.

- To była zupełnie inna kampania wyborcza niż dzisiaj. Nikt nie miał telefonu. Nie mieliśmy też pieniędzy. Ulotki drukowa-liśmy techniką atramentową na podziemnych urządzeniach. Na deszczu wszystko się rozpływało. Prawie wtedy nie spałam - wspomina Grażyna Staniszew-ska, w latach 80. działaczka opozycyjna, która w 1989 roku została wybrana na posła. - Nie chciałam kandydować. Swoje miejsce widziałam przy odbudowie związku, bo nie wiedziałam, ile będzie trwała ta odwilż. Dość ciężko musieli pracować Geremek, Kuroń i Michnik, żeby mnie namówić - wspomina Stani-szewska, która wcześniej uczestniczyła w obradach Okrągłego Stołu.

Zdjęcie z Wałęsą

Dla kandydatów solidarnościowych swoistą legitymacją stało się wówczas zdjęcie z Lechem Wałęsą. Często takie uwierzytelnienie pomagało w zdobyciu mandatu. Całą akcję wymyślił Andrzej Wajda, który w czerwcu 1989 roku kandydował też do Senatu z Suwałk, gdzie się urodził. Nowe oblicze kampanii wyborczej czytelnicy DZ przyjmowali ze zdziwieniem. „To jest nie do przyjęcia, co się wyprawia. Kto na to zezwala? Ta nachalna propaganda, ten krzyk i rwetes, te setki plakatów i ulotek, te hasła krzyczące zewsząd to prawdziwy obłęd. Czy nie szkoda na to pieniędzy?” - pytali.

Ale były też tradycyjne spotkania wyborcze kandydatów PZPR i jej sojuszników, do których zdążono się przyzwyczaić. Kandydujący na posła Herbert Gabryś, przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej w Mysłowicach, na przedwyborczym spotkaniu w Zakładowym Do-mu Kultury Huty Baildon mówił o „konieczności zespolenia wysiłku wszystkich dla lepszej wspólnej pomyślności”. Mandat ostatecznie zdobył.

Z okręgu sosnowieckiego z listy PZPR kandydował z kolei Janusz Kubicki, nauczyciel IV LO im. Staszica. Do Sejmu jednak nie wszedł.

Wicepremier z Sosnowca

- W partii byłem tym młodym niepokornym. To, że mam kandydować, wymyślił Stefan Płatek, późniejszy wiceprezydent Sosnowca. Pierwotnie moim rywalem miał być tylko pan Kozaczek z Huty Buczka, ale w ostatniej chwili o swoich związkach z Sosnowcem przypomniał sobie wicepremier Ireneusz Sekuła i to on ostatecznie zdobył mandat - opowiada Janusz Kubicki, który pracował już wtedy w „Staszicu”. Kampanię robili mu m.in. uczniowie szkoły, którzy wymyślili hasło „Gdy Kubicki w polu staje, to Sekule szans nie daje”. Młodych ludzi popierających kandydata partyjnego podczas pochodu pierwszomajowego w Sosnowcu pokazały też wszystkie ówczesne programy informacyjne.

- Cieszyłem się sympatią dziennikarzy, ale kiedy w I turze padła lista krajowa (do Sejmu weszli jedynie późniejszy marszałek Mikołaj Kozakiewicz i Adam Zieliński), to Sekuła stał się ważny dla władzy i o mnie już mówiono mniej. Była presja ze strony aparatu partyjnego, żeby przeszedł Sekuła - mówi. - Czy jako kandydat PZPR spotykałem się z nienawiścią? Nie. To była sympatia albo obojętność - dodaje i wspomina sytuację, gdy za pośrednictwem jednego z uczniów spotkał się dość konspiracyjnie, jeszcze podczas kampanii, z jednym z prawników związanych z Solidarnością. Następnego dnia czekało na niego zaproszenie do Komitetu Miejskiego PZPR.

Wybory do Sejmu X kadencji zarządziła 13 maja Rada Państwa. Wcześniej poprzedni Sejm znowelizował Konstytucję PRL i przyjął nową ordynację wyborczą do Sejmu i reaktywowanego Senatu. Łatwo nie było, bo poprzedni, czysto PRL-owski Sejm musiał się samorozwiązać. Podobno ówcześni posłowie zgodzili się na to dopiero wtedy, gdy obiecano wypłacić im diety do końca normalnej kadencji. Powołano też Państwową Komisję Wyborczą, której przewodniczącym został szef Trybunału Konstytucyjnego, prof. Alfons Klafkowski. Jego zastępcami byli m.in. sekretarz KC PZPR Zygmunt Czarzasty i profesor Andrzej Zoll. 35 proc. mandatów przypaść miało kandydatom bezpartyjnym, o które walczyła opozycja, pozostałe - PZPR i jej sojusznikom. Oczywiście, jak w przypadku poprzednich PRL-owskich wyborów, wyliczono, ile mandatów przypadnie PZPR, a ile ZSL i SD.

Wynik był szokiem

Zaskoczeniem z dzisiejszego punktu widzenia był brak ciszy wyborczej podczas głosowania. Grażyna Staniszewska mówi, że ma gdzieś jeszcze małe ulotki, które w dniu wyborów rozdawała przed lokalami wyborczymi. Wyniki dla działaczy opozycji były zaskoczeniem.

- To był ogromny szok. Wzięliśmy cały Senat oprócz Piły. Mieliśmy 1/3 mandatów w Sejmie od razu, a tamci musieli stanąć do drugiej tury. To był festiwal radości, że odzyskaliśmy wolność. Poparcie dla nas było niewiarygodne - wspomina Grażyna Staniszewska.

Janusz Kubicki mówi z kolei, że środowisko partyjne spodziewało się dużego poparcia dla kandydatów opozycji.

- Podchodziłem do tego realistycznie - mówi po latach.

Pozostałych posłów wyłonić miała II tura zaplanowana na 18 czerwca. Solidarność namawiała wyborców, by nie głosować na osoby na pierwszym miejscu na liście, bo bardzo często byli to lokalni szefowie partii. Ostatecznie w nowym Sejmie z ówczesnych województw bielskiego, częstochowskiego i katowickiego zasiadło łącznie 65 posłów. 29 z nich reprezentowało PZPR, 25 - Komitety Obywatelskie, 5 - Stronnictwo Demokratyczne, a po 3 - ZSL i Polski Związek Katolicko-Społeczny.

Były premier przegrywa

Wśród pokonanych znaleźli się chociażby były premier Zbigniew Messner czy I sekretarz KW PZPR Manfred Gorywoda. Ale do Sejmu nie wszedł też wtedy opozycjonista Kazimierz Świtoń. O ten sam mandat - w Bytomiu - ubiegał się bowiem Adam Michnik, który zgarnął większość głosów. Janusz Kubicki po wyborach wycofał się z działalności politycznej. Dopiero po latach dał się namówić na kandydowanie do Senatu, przez jedną kadencję był też radnym w Sosnowcu. Grażyna Staniszewska przez wiele lat zasiadała w Sejmie, a potem w Senacie i Parlamencie Europejskim. Jak wspomina, Sejm X kadencji był specyficzny. Wcześniej czysto PRL-owski fasadowy parlament zbierał się dwa razy do roku, by przegłosować to, co musiał. Po czerwcu 1989 roku zaczęła się już praca taka, jaką znamy dzisiaj. W Polsce wiał już wiatr zmian, chociaż rumuński dyktator Nicolae Ceaușescu domagał się zbrojnej interwencji w Polsce, która miałaby zgnieść kontrrewolucję. Wciąż istniał też Związek Radziecki.

- Pamiętam, że posłowie PZPR żalili się nam: Wy to macie dobrze, nikt wam nie dyktuje, jak macie głosować - wspomina Grażyna Staniszewska.

- Myślę, że te wybory były najważniejszym osiągnięciem Polski w historii. Bezkrwawo odzyskaliśmy wolności i pomogliśmy innym narodom Europy Środkowo-Wschodniej - uważa Janusz Kubicki. - Szkoda, że dzisiaj niektórzy próbują je deprecjonować, a symbolem zmian jest nie Solidarność, a mur berliński - dodaje.

tos

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.