Zaginiona kotka wróciła po 4 miesiącach do domu. Znalazcy otrzymali nagrodę... 20 tysięcy złotych!

Czytaj dalej
Fot. Archiwum
Konrad Karaś

Zaginiona kotka wróciła po 4 miesiącach do domu. Znalazcy otrzymali nagrodę... 20 tysięcy złotych!

Konrad Karaś

To niezwykła wzruszająca historia, która mogłaby posłużyć za scenariusz na pełen dramaturgii, ale zakończony happy endem, film z Hollywood.

Taka jest historia Fredzi, 3,5-letniej kotki, która początkiem marca zaginęła w okolicach Głogowa Małopolskiego. Została znaleziona dopiero po czterech miesiącach, prawie 30 kilometrów od swojego domu.

Wywieszanie plakatów, zamieszczanie ogłoszeń w internecie, zatrudnienie dwóch kobiet do roznoszenia ulotek, a nawet zasięganie opinii u parapsychologów (włącznie z jasnowidzem Jackowskim). Tak wyglądały te długie miesiące poszukiwań pana Krzysztofa, zakochanego po uszy w zwierzętach, opiekuna kotki Fredzi.

A trafiła do niego zupełnie przypadkiem. Czworonożnego przyjaciela 52-letni mieszkaniec Głogowa odnalazł zimą 2019 roku, przed drzwiami swojego domu.

- To była naprawdę mroźna zima. Pamiętam jak dziś, kiedy stała zziębnięta, wyczerpana przed domem. Była bardzo chora. Pani weterynarz powiedziała, że został jej tylko tydzień życia – opowiada właściciel kotki.

Fredzia kiedyś została pogryziona przez innego kota. Odczuwała przez to silne bóle. Na jej główce pojawił się duży ropień. Na szczęście, dzięki leczeniu w ośrodku weterynaryjnym kotkę udało się uratować.

– No i tak u mnie została. Jak to mówię: ona znalazła mnie, a ja znalazłem ją – uśmiecha się pan Krzysztof.

Ucieczka

Fredzia od zawsze była bardzo aktywnym kotem. Często wychodziła z domu. Zawsze jednak wracała. Zupełnie inaczej było 2 marca.

- Uciekła rankiem. Zauważyłem na kamerach zamieszczonych wokół mojego domu, że ruszyła w stronę osiedla Niwa w Głogowie Małopolskim. Nigdy tak daleko nie wychodziła. Oczywiście, zawsze sobie łaziła wokół domu, chodziła po sąsiadach. Czasami nie było jej nawet pół dnia, ale zawsze na wieczór wracała – twierdzi właściciel.

Według jego relacji, już od tamtej marcowej nocy zaczął poszukiwania.

- Przez pierwsze dni codziennie wychodziłem i sprawdzałem dokładnie całą okolicę. Później rozwieszałem plakaty, banery. Ogłoszenia w internecie. Zamieszczałem je wszędzie, gdzie się dało. Były też wrzucane ulotki do skrzynek pocztowych – wymienia opiekun czworonoga.

Mieszkaniec Głogowa Małopolskiego robił, co tylko mógł. Nie zniechęcał się. Wierzył, że Fredzia jednak wróci. Wyznaczył za pomoc w odnalezieniu ulubionej kotki pokaźną nagrodę pieniężną.

- Sukcesywnie ta kwota rosła, na koniec było to 20 tysięcy złotych. Takie pieniądze na pewno pomogły, zmobilizowały ludzi w okolicy. Wiedziałem, że im więcej osób się zainteresuje, tym wzrosną szanse na znalezienie kici – przyznaje.

Pan Krzysztof był na tyle zdeterminowany żeby odnaleźć swojego pupila, że nawet przez pewien czas szukał pomocy u… jasnowidzów. Jak twierdzi, zgłosiło się ich mnóstwo.

– Niektórzy mówili tylko, że kicia żyje – i tu mieli rację. Ale w większości okazali się to oszuści, ponieważ nie sprawdziło się nic z tego, co mówili. Trafił się nawet taki jeden, bardzo popularny jasnowidz, który najpierw sprawdzał okolice w mapach Google, a później niby miał jakieś wizje. Na krótko przed znalezieniem Fredzi wskazywał miejsce oddalone o jakieś 300 - 400 metrów od domu. To wszystko były nietrafione, oparte wyłącznie na zdjęciach, na wspomnianych mapach.

Zdarzało się wiele telefonów z informacją o odnalezieniu kota. Tylko w jeden dzień odebrał on dziesięć takich sygnałów. Dzwonili ludzie m.in. z Rzeszowa, Głogowa Małopolskiego i Zabajki. Niemal wszystkie tropy okazały się fałszywe.

- Ludzie byli przekonani, że widzieli mojego kota. A później okazywało się, że jest na tyle podobny do Fredzi, że ma cztery łapy, futerko i ogon – śmieje się teraz pan Krzysztof.

Powrót do domu

Kotka Fredzia została odnaleziona dopiero po blisko czterech miesiącach, aż 27 kilometrów od swojego domu, w Kopciach, w powiecie kolbuszowskim. Przez prawie miesiąc kotka przychodziła pod dom - jak się później okazało - znalazców zwierzęcia.

Mieszkańcy wioski regularnie dokarmiali kotkę. Przypadkowo zobaczyli ogłoszenie o zagubionym kocie i szybko powiadomili właściciela. Za znalezienie Fredzi otrzymali w nagrodę należne 20 tys. złotych.

- Kiedy otrzymałem od nich zdjęcie, nie mogłem uwierzyć. W końcu ją zobaczyłem – zdradza wzruszony pan Krzysztof.

Zdaniem opiekuna, kotka została w marcu skradziona i wywieziona. Następnie przez trzy miesiące była u osoby, która najprawdopodobniej ją ukradła. Dopiero po trzech miesiącach udało się jej uciec.

- Ktoś kota zabrał, bo to niemożliwe żeby sama przeszła tak długą trasę, prawie trzydzieści kilometrów przez te wszystkie
lasy. To wykluczone. Jak ją znalazłem, nie miała obroży z numerem telefonu, a sama przecież nie była w stanie tego zdjąć – uważa właściciel kotki, dodając: - To jest tylko moja teoria. A jak naprawdę było? Nigdy chyba się nie dowiem.

Hejt

Podczas poszukiwań kotki pan Krzysztof był bardzo aktywny w internecie. Głównie na Facebooku, gdzie regularnie zamieszczał ogłoszenia o zaginięciu pupilki. To w tym medium społecznościowym spotkał się… z dużą falą hejtu.

Złośliwe komentarze były głównie spowodowane tym, że Fredzia była kotkiem wychodzącym z domu, krążącym po okolicy, co miało narażać ją na wiele niebezpieczeństw. Z kolei inne osoby sugerowały, że zawieszona na szyi kotki obroża z numerem telefonu to spore zagrożenie, bo zwierzę może się przez nią udusić.

- Hejterzy zawsze mają takie czarne scenariusze. Pisali też, że jestem oszustem, że męczę kota. Niektórzy ludzie powinni swoje dobre rady zachowywać dla siebie. Rzadko kiedy odpowiadam na takie zaczepki, ale tutaj musiałem zareagować – mówi 52-latek.

Dodaje, że przy tego typu działaniach, jak w jego przypadku poszukiwanie kotki, negatywne komentarze tylko przeszkadzają w osiągnięciu celu.

- Wpływa to źle na osoby, które mogłyby pomóc. Nie wszyscy chcą zamknąć koty w klatkach i trzymać je na pokaz dla siebie. Może jestem tym odosobnionym przypadkiem, ale sądzę, że koty powinny mieć swobodę – uważa mieszkaniec Głogowa Małopolskiego.

Fredzia wróciła do swojego domu 30 czerwca. Schudła prawie o połowę. Przez pierwsze dni siedziała przestraszona w kącie. Dopiero po jakimś czasie zaczęła się ruszać. Teraz, ze względu na wysokie temperatury najchętniej śpi pod wentylatorem. Była już z wizytą u weterynarza, przeszła badania. Otrzymała zaległe szczepienie.

Konrad Karaś

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.