Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Zagłada szpitali podczas powstania warszawskiego. Niemiecka zemsta na bezbronnych

Czytaj dalej
Fot. fot. materiały prasowe
Mariusz Grabowski

Zagłada szpitali podczas powstania warszawskiego. Niemiecka zemsta na bezbronnych

Mariusz Grabowski

Podczas pacyfikacji powstania Niemcy nie przestrzegali żadnych cywilizowanych reguł. Masakry popełnione przez nich w powstańczych szpitalach do dziś przerażają okrucieństwem. Dalsza część artykułu poniżej.

Już pierwszego dnia powstania warszawskiego odnotowano przypadki strzelania do osób spieszących z pomocą rannym. „Przy ulicy Browarnej Niemcy urządzili krwawą masakrę patrolu sanitarnego sióstr urszulanek z klasztoru przy ul. Gęstej. Zakonnice ostrzelano, a następnie obrzucono granatami ręcznymi, wskutek czego cztery z nich poniosły śmierć; przeżyła tylko jedna, ciężko ranna. Tego samego dnia na ul. Gęstej niemieckie kule raniły śmiertelnie księdza Tadeusza Burzyńskiego, w chwili gdy udzielał ostatniego namaszczenia rannemu przechodniowi” - pisze Andrzej Solak w tekście o zagładzie powstańczych szpitali.

Było to zgodne z niemiecką polityką wobec ludności Warszawy. 2 sierpnia Hitler wydał rozkaz Himmlerowi, iż „każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Miasto ma być zrównane z ziemią i w ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy”. Taki sam rozkaz otrzymał gen. SS Erich von dem Bach, który 4 sierpnia został mianowany dowódcą wszystkich sił walczących z powstaniem. Już od pierwszych momentów walk niemiecki okupant rozpoczął masowe egzekucje ludności cywilnej i wziętych do niewoli powstańców. Złapane kobiety dodatkowo gwałcono i grabiono całe mienie z zajmowanych kwartałów miasta.

Śmierć z powietrza
Niemiecka praktyka strzelania do sanitariuszek i pozostałego personelu spieszącego na pomoc rannym na polu walki utrzymała się do końca powstania. Wspominał dr Piotr Załęski, komendant Szpitala Polowego nr 1 na ul. Przemysłowej: „(...) z doświadczenia wiedzieliśmy, iż zarówno sanitariusz z opaską Czerwonego Krzyża, jak nieruchomość z odznaką Czerwonego Krzyża są umyślnym miejscem obstrzału Niemców. W dniu 22 sierpnia 1944 r. ja osobiście wraz z synem Maksymilianem, pseudo „Maciek”, ubrani w fartuchy i z odznaką Czerwonego Krzyża w czasie niesienia pomocy rannym przy ul. Mącznej, róg Czerniakowskiej zostaliśmy poranieni: ja w obie nogi, syn czterema odłamkami w nogi. Niemcy strzelali do nas z kanonierki na Wiśle, jakkolwiek było to w dzień, widoczność była zupełna i nie ulegało wątpliwości, iż udzielamy pomocy rannemu”.

Niemcy wielokrotnie kierowali ataki lotnicze oraz ostrzał artyleryjski przeciw szpitalom, mimo wyraźnego oznakowania ich symboliką Czerwonego Krzyża. Oto kilka przykładów: w zbombardowanym Szpitalu Świętego Jana Bożego przy ul. Bonifraterskiej zginęło 300 osób. Nalot na lecznicę przy ul. Długiej pochłonął życie od 120 do 200 ludzi. W Szpitalu Sióstr Elżbietanek przy ulicy Goszczyńskiego uśmiercono 60 pacjentów i członków personelu medycznego. Od 240 do 300 zabitych odnotowano w Szpitalu Ujazdowskim przy ul. Chełmskiej, kolejnych 100 w szpitalu na ul. Malczewskiego, również 100 ofiar śmiertelnych przy ul. Boduena.

Ataki na lecznice powtarzały się systematycznie. Na przestrzeni zaledwie pięciu dni (od 16 do 20 września) w Warszawie miało miejsce sześć przypadków zbombardowania szpitali przez samoloty Luftwaffe. Powstańcy przystąpili do bitwy o miasto nie dysponując żadną bronią przeciwlotniczą ani artyleryjską, dlatego też nieprzyjacielscy lotnicy i kanonierzy niemal bezkarnie rujnowali wyzwolone dzielnice.

Kadr z filmu „Miasto 44” w reż. Jana Komasy. Scena przedstawia rzeź powstańczego szpitala na Czerniakowie
fot. Marian Grabski „Wyrwa“/muzuem powstania warszawskiego Ranni leżący na korytarzu powstańczego szpitala, prawdopodobnie w budynku PKO, sierpień 1944 r.

Stan: 6100 łóżek
Cofnijmy się na chwilę do lipca 1944 r. Według planów KG AK, w lipcu 1944 r. na terenie lewobrzeżnej Warszawy znajdowało się 20 stałych szpitali, w tym 2, Ujazdowski i św. Ducha, na jednym terenie. Oprócz tego 4 zajęte przez Niemców, przewidziane do obsadzenia przez polskie załogi. Wszystkie w czasie działań powstańczych miały zabezpieczać poszczególne obwody Armii Krajowej, na jakie zostało podzielone całe miasto. Do powstańczego zaplecza szpitalnego włączono też kilka dużych, prywatnych lecznic, jakie działały w Śródmieściu. Jedynie obwód II, czyli Żoliborz, nie posiadał żadnego stałego szpitala, ale już przed wybuchem powstania urządzono tam szpital w gmachu sióstr zmartwychwstanek przy ul. Krasińskiego.

Jak czytamy w tekście „Szpitale w Powstaniu Warszawskim” Zofii Podgórskiej-Klawe „te spośród nich, które nie prowadziły oddziałów chirurgicznych, organizowały w ramach przygotowań do Powstania sale operacyjne, czasem jak u św. Jana Bożego, lokując je w piwnicach, wszystkie gromadziły zapasy zestawów chirurgicznych, środków opatrunkowych, znieczulających, dezynfekujących i surowicy przeciwtężcowej. Wypisywano także chorych, skracając w miarę możności czas ich hospitalizacji, zwalniając w ten sposób łóżka. Ogółem stan łóżek etatowych we wszystkich szpitalach przed wybuchem powstania wynosił ok. 6100. Brak danych dotyczących liczby wolnych łóżek, ale wnosząc z informacji z niektórych szpitali mogła to być mniej więcej połowa tego stanu. Pewnym odciążeniem dla szpitali miały być liczne punkty sanitarno-opatrunkowe z paroma łóżkami dla tymczasowej hospitalizacji ciężej rannych. Przygotowano się także do otwierania w miarę potrzeby szpitali polowych”.

Niestety, przebieg powstania sprawił, że już w pierwszej połowie sierpnia sieć powstańczych szpitali przestała właściwie istnieć.

Zaczęło się na Woli
Jak pisze Zofia Podgórska-Klawe, pierwszy uległ zagładzie budynek Instytutu Oftalmicznego przy ul. Smolnej. „W dniu 3 sierpnia Niemcy zażądali, aby dyrektor Instytutu prof. Władysław Melanowski ewakuował wszystkich chorych i personel do gmachu Muzeum Narodowego. Personel lekarski zdołał jednak ich wyprowadzić przez przebity mur do Zakładu św. Kazimierza sióstr miłosierdzia na Tamce. Tego samego wieczoru Niemcy podpalili gmach Instytutu jednocześnie na wszystkich piętrach. Ludność szpitala po paru dniach znalazła pomieszczenie w budynku ambasady japońskiej przy ul. Foksal”.

Tragicznie zakończyła się działalność szpitali Woli i Ochoty. W ciągu pierwszych 4 dni napłynęła do nich spora liczba rannych. Praca szła normalnym torem, wszyscy byli na swoich posterunkach, mimo że niektórzy lekarze, pokonując różne przeszkody, dotarli do szpitali dopiero tuż przed samą godziną „W”. Nikt jednak, podobnie jak i w szpitalach innych dzielnic, nie zawiódł. W Szpitalu Wolskim dyrektor, dr Józef Piasecki, przybył dopiero po pierwszych strzałach, a prof. Józef Grzybowski trzeciego dnia.

W dniu 5 sierpnia ordynator oddziału wewnętrznego Szpitala wolskiego Janina Misiewicz zanotowała w swoim dzienniku: „Od rana piękna pogoda... strzałów prawie nie ma… w izbie przyjęć cicho. Dyżurni… w chwilach bezczynności grają z zapałem w inteligencję”. Na tym urywa się notatka z tego dnia. Około godziny 14 do szpitala weszli esesmani z grupy Recka. W gabinecie dyrektora szpitala padły pierwsze ofiary. Po krótkiej rozmowie Niemcy zastrzelili na miejscu dr. Piaseckiego, ordynatora oddziału gruźliczego, prof. Janusza Zeylanda i kapelana szpitala ks. Kazimierza Ciecierskiego. Następnie wyprowadzono cały personel szpitala i większość chorych do zabudowań fabrycznych na Moczydle, gdzie dokonano zbiorowego mordu. Niemcy zastrzelili wszystkich mężczyzn, m.in. prof. Józefa Grzybowskiego i dr. Olgierda Sokołowskiego. Z lekarzy mężczyzn, którzy tego dnia byli w szpitalu, ocalało tylko trzech: Zbigniew Woźniewski, którego wraz z jedną pielęgniarką pozostawiono w szpitalu razem z częścią chorych, i chirurdzy Leon Manteuffel i Stefan Wesołowski, których wraz z instrumentariuszkami wyłączono po drodze z kolumny i skierowano do Szpitala św. Stanisława. Poniosło wówczas śmierć ok. 300 rannych i chorych i prawie 60 pracowników szpitala.

„Tego samego dnia - dodaje Podgórska-Klawe - Niemcy urządzili straszliwą masakrę w Szpitalu św. Łazarza, wrzucając granaty do piwnic, w których zgromadzono większość chorych i rannych i gdzie schroniła się okoliczna ludność; część z nich wypędzili z niektórych pomieszczeń na podwórze, po to, by następnie wprowadzać ich małymi grupkami z powrotem i każąc im wchodzić na leżący w korytarzu piwnicznym stos zwłok, zabijać ich z broni maszynowej. Wśród paniki, jęków, krzyków dzieci, wymordowali ok. 1000 osób. Z personelu lekarskiego zginęła tylko dr Lucyna Szymańska, reszta w czasie chwilowej przerwy w masakrze, wywołanej interwencją rannych żołnierzy niemieckich opatrywanych w szpitalu, została odprowadzona do szpitali Karola i Marii oraz św. Stanisława”.

Starówka spływa krwią
Szczególnie okrutnie Niemcy traktowali rannych i personel szpitalny na opuszczonych przez AK Starym Mieście.

2 września, we wczesnych godzinach porannych, oddziały Grupy Bojowej „Reinefarth” (w tym kryminaliści z osławionego pułku Dirlewangera). Na terenach Starego Miasta pozostawało ok. 2500 ciężko rannych powstańców (niezdolnych do ewakuacji kanałami) oraz część opiekującego się nimi personelu medycznego. Antoni Przygoński, autor „Powstania warszawskiego w sierpniu 1944 r.” ocenia, iż spośród tego grona blisko 1500 rannych żołnierzy znajdowało się w szpitalach i punktach sanitarnych, które rozsiane były po całej dzielnicy. Większość z nich ulokowano w: centralnym szpitalu powstańczym znajdującym się w gmachu Pałacu Raczyńskich przy ul. Długiej 7 (ok. 450 rannych), kościele oo. Dominikanów pod wezwaniem św. Jacka (ok. 200 rannych), szpitalu przy ul. Miodowej 23 (ok. 150 rannych), szpitalu przy ul. Podwale 25 mieszczącym się w podziemiach restauracji „Krzywa Latarnia” (ok. 100 rannych), szpitalu batalionów AK „Wigry” i „Gustaw” przy ul. Kilińskiego 1/3 (ok. 60 rannych), budynku Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności przy ul. Freta 10 (ok. 60 rannych) oraz w szpitalu przy ulicy Podwale 46 mieszczącym się w piwnicach domu „Czarny Łabędź” (ok. 30 rannych).

Powstańcze szpitale likwidowano zazwyczaj według bardzo podobnego schematu. Niemcy wpadali do szpitalnych pomieszczeń nakazując personelowi oraz lżej rannym opuścić budynek w ciągu 5-10 minut. Po upływie wyznaczonego czasu (lub nawet wcześniej) podpalali szpital i przystępowali do mordowania rannych Polaków, często pastwiąc się nad nimi w okrutny sposób. Wielu rannych spalono żywcem (m.in. w szpitalach na Podwalu i przy ul. Kilińskiego 1/3). Dochodziło do przypadków mordowania członków personelu medycznego. Powstańcze sanitariuszki oraz lżej ranne pacjentki padały ofiarą gwałtów.

Lżej rannym oraz ocalałemu personelowi nakazywano zwykle opuszczenie Starego Miasta wraz z ludnością cywilną. Tylko nielicznym pacjentom udało się jednak ujść z życiem. Jeszcze na terenie Starówki oficerowie SS dokonywali „selekcji”, starając się wyłowić w tłumie wypędzonych ukrytych powstańców. Osoby podejrzane zabijano zazwyczaj na miejscu. Do największych egzekucji doszło na tzw. międzymurzu (ul. Wąski Dunaj), gdzie rozstrzelano od 70 do 100 osób (głównie rannych powstańców). Zwłoki pomordowanych palono.

Popis okrucieństwa Niemcy dali w szpitalu w kościele św. Jacka. W momencie, gdy przystąpili do likwidacji tamtejszego szpitala przebywało w nim ok. 200 pacjentów. 80 lżej rannym pozwolono opuścić szpital. Budynek został następnie podpalony, a ciężko rannych wyniesiono na ulicę, gdzie bez żadnej pomocy medycznej przebywali pod gołym niebem przez blisko dwa dni, dopóki Niemcy nie pozwolili wreszcie przenieść rannych do szpitala w kościele Karmelitów na Krakowskim Przedmieściu. Do tego czasu Niemcy zamordowali co najmniej kilkunastu rannych. Opiekujące się nimi sanitariuszki nagminnie padały ofiarą gwałtów.

Kadr z filmu „Miasto 44” w reż. Jana Komasy. Scena przedstawia rzeź powstańczego szpitala na Czerniakowie
fot. materiały prasowe Kadr z filmu „Miasto 44” w reż. Jana Komasy. Scena przedstawia rzeź powstańczego szpitala na Czerniakowie

Okrucieństwa na Powiślu
Podobne masakry miały miejsce w szpitalach powstańczych na Powiślu. Mimo że 3 września 1944 Deutsche Nachrichtenbüro nadało komunikat, w którym ogłoszono, iż Niemcy uznają prawa kombatanckie żołnierzy AK, po upadku Powiśla oddziały Grupy Bojowej „Reinefarth” dopuściły się szeregu zbrodni na pacjentach i personelu powstańczych szpitali.

W szpitalu przy Smulikowskiego zamordowano wszystkich przebywających, w tym o. Michała Czartoryskiego OP - kapelana Zgrupowania „Konrad”. Świadkowie twierdzili, że ranni leżący na łóżkach i noszach zostali zamordowani strzałami z pistoletów maszynowych. Ciała wszystkich ofiar oblano benzyną i spalono. W szpitalu przy ul. Drewnianej 8 w dn. 27 września esesmani z pułku Dirlewangera wtargnęli do piwnic szpitala, gdzie zastrzelili 22 ciężko rannych. Ciała ofiar oblano benzyną i podpalono. Z kolei szpital przy ul. Pierackiego 6 września znalazł się pod silnym ostrzałem niemieckiej artylerii. Niemieckie rakiety zapalające trafiły wówczas w szpital pod numerem 3/5. Ogień odciął jednak dostęp do górnych pięter. Miały miejsce dramatyczne sceny - pacjenci w obawie przed śmiercią w płomieniach skakali z okien wprost na bruk uliczny, a sanitariuszki trzeba było wręcz siłą powstrzymywać przed wchodzeniem na płonące piętra. Mimo wysiłków personelu spłonęło żywcem od 60 do 80 rannych.

Po upadku Powiśla Niemcy wśród gwałtów i grabieży zgromadzili zdolną do marszu ludność na placu przy ul. Browarnej. Następnie mieszkańców dzielnicy popędzono przez Ogród Saski do punktu zbornego w kościele św. Wojciecha na Woli, a stamtąd odwieziono do obozu przejściowego w Pruszkowie. Z tłumu ludności cywilnej Niemcy starali się wyłowić ukrytych powstańców. Mężczyźni nieposiadający dokumentów lub podejrzewani o udział w walkach byli rozstrzeliwani. Mordowano także osoby chore i zniedołężniałe, niezdolne do pracy i niebędące w stanie znieść trudów podróży do Pruszkowa. W Zakładzie ss. Urszulanek żołnierze niemieccy zamordowali i spalili 3-4 chore osoby, nie zezwalając wcześniej na ich ewakuację. Z kolei 28 września w schronisku dla sparaliżowanych przy ul. Leszczyńskiej 7 Niemcy zamordowali troje starców (w tym dwie kobiety) oraz dwie opiekujące się nimi sanitariuszki.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Zachodniego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Zachodniego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Zachodniego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Mariusz Grabowski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2018 Polska Press Sp. z o.o.