Zalew, kąpielisko, plaża i milicja na motorówce. Kiedyś to było częstochowskie Saint Tropez

Czytaj dalej
Fot. arc. Rafała Ziółka
Janusz Szymonik

Zalew, kąpielisko, plaża i milicja na motorówce. Kiedyś to było częstochowskie Saint Tropez

Janusz Szymonik

W latach 60. i 70. ubiegłego wieku, w każdy pogodny letni dzień obywatele miasta pod Jasną Górą szturmowali autobus linii nr 52.

Autobus co pół godziny odjeżdżał sprzed poczty ze szklanym zegarem przy ul. Kopernika. Celem pasażerów z dmuchanymi kółkami był zalew w Blachowni.

Wówczas było to jedyne w okolicy miejsce, gdzie częstochowianie mogli plażować i popływać na strzeżonym kąpielisku. Kto miał cierpliwość i ochotę na kilkugodzinne stanie w kolejce mógł też wypożyczyć kajak lub rowerek wodny w przystani Zakładu Elektro-Metalurgicznego. Na zalewie roiło się też od żaglówek - to harcerze ze stanicy ZHP, zdobywali tam pierwsze szlify przed wypłynięciem na Mazury.

Wśród tłumów plażowiczów znaczny procent stanowili częstochowscy nauczyciele z rodzinami, gdyż w pobliskim lasku zbudowano dla nich ośrodek campingowy.

Dla miejscowych „drobnych przedsiębiorców” najazd częstochowian był błogosławieństwem. Przed lodziarnią państwa Budzińskich, jedną z dwóch w miasteczku, ustawiały się kolejki, ale warto było swoje odstać, bo lody smakowały wybornie (1,2 zł za gałkę). Także bar piwny zwielokrotniał swoje obroty. Wielu dorabiało sobie sprzedając plażowiczom oranżadę czy drożdżówki z cukierni Romana Czyża (1,4 zł za sztukę). Jedynymi niezadowolonymi z inwazji miastowych byli lokalni wędkarze, bo letnicy płoszyli im ryby.

Nadkomplety na plaży gwarantowali też uczestnicy kolonii, dzieci górników z Jastrzębia-Zdroju, zakwaterowani w dwóch szkołach podstawowych.

Z wyprawy do Blachowni można też było wrócić z mandatem. Na zalewie przez całe wakacje stacjonowała motorówka MO z dwuosobową obsadą. Za pływanie poza dozwolonymi miejscami, ewentualnie kąpiel pod wpływem alkoholu sypały się kary. Ale to nie koniec peerelowskich represji - w sukurs milicjantom wodniakom szli ich koledzy z blachowieńskiego posterunku, wypisując mandaty za wjazd autem do lasu lub rozpalanie tam ognisk.

Tak jak w słynnej piosence szantowej Jurka Porębskiego „Gdzie ta keja...”, gdy w latach 90. „rzęsą zarósł staw”, częstochowskie Saint Tropez podupadło. Dodatkowo w Poraju powstał duży zalew na Warcie, z ośrodkami wczasowymi i stanicami wodnymi, więc częstochowianie zdradzili Blachownię. W autobusie nr 52 przestało już pachnieć ciastem i kurczakami z rożna w piknikowych koszach.

Czy zalew w Blachowni wróci do łask letników? Jest nadzieja. W tym roku gminny projekt oczyszczania zalewu „Rekultywacja śródmiejskiego zbiornika Blachownia wraz z zagospodarowaniem otoczenia” został bezapelacyjnym zwycięzcą ogólnopolskiego konkursu na dotację z Unii Europejskiej. Do gminy trafi na ten cel aż 12,1 mln zł (całość ma kosztować 14,3 mln zł). Burmistrz już podpisała umowę w tej sprawie z NFOŚ. Jeszcze usłyszymy o Blachowni.
Nie ma już dziś lodziarni Budzińskich i cukierni Czyża (tam były najlepsze napoleonki świata).

Janusz Szymonik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.