Zbrodnie i sensacje sprzed lat: Parafialne biuro rozwodowe

Czytaj dalej
Dr hab. Krzysztof Gajdka

Zbrodnie i sensacje sprzed lat: Parafialne biuro rozwodowe

Dr hab. Krzysztof Gajdka

Awanturnik, aferzysta, oszust, sekciarz, hochsztapler, heretyk, chory na głowę, podający się za proboszcza – takie i podobne określenia niemal zawsze pojawiały się w artykułach na temat Józefa Kostosza, proboszcza katowickiej parafii starokatolickiej, w pierwszej połowie lat trzydziestych XX wieku. O udzielanych przez niego rozwodach z pieczątką z godłem państwowym na dokumencie mówiono w całej Polsce.

Ksiądz bez gimnazjum

Józef Kostosz (vel Kostorz) urodził się 18 czerwca 1891 roku w Kończycach, ukończył osiem klas szkoły powszechnej, i to – jak czytamy w dzienniku „Siedem Groszy” – z bardzo słabym wynikiem. Do 1911 roku pracował jako górnik w kopalni Delbrück w Makoszowach, tę karierę przerwało jednak powołanie do wojska pruskiego.

W cesarskiej armii młody rekrut zabawił jednak niedługo, jako że zwolniono go stamtąd – jak diagnozuje dziennikarz „Siedmiu Groszy” – „gdyż chorował na głowę”. Potem przystąpił do ojców Franciszkanów, odwiedzając wiele klasztorów na Górnym i Dolnym Śląsku oraz na Opolszczyźnie (z całą pewnością – o czym wspomina J. Bieniek – w latach 1911-1913 Kostosz przebywał w klasztorze na Górze św. Anny, gdzie był zatrudniony w kuchni i występował pod imieniem brata Urbana). Kostosz nie otrzymał jednak święceń, a to głównie z racji braku wykształcenia (w „Siewcy Prawdy” czytamy, że nie ukończył nawet gimnazjum, o studiach teologicznych nie mogło więc być nawet mowy). Z zakonu miał się zwolnić w roku 1916 z powodu choroby.

Przez czas jakiś – o czym wspomina dziennikarz „Siedmiu Groszy” w wydaniu z 30 kwietnia 1934 roku – Kostosz uczęszczał jako wolny słuchacz na wykłady z teologii we Wrocławiu, gdzie „liznął cokolwiek nauk kościelnych, co mu się później przydało w jego dalszej karierze awanturniczej”. Kolejny etap w jego życiorysie to posada pielęgniarza w Lecznicy Spółki Brackiej w Siemianowicach (wcześniej miał też pracować w innych przychodniach i szpitalach). Wiele wskazuje na to, że kwalifikacje pielęgniarskie zdobył podczas pracy w zakonnych szpitalach.

Jak podaje Halina Dudała, Kostosz był żonaty i miał kilkoro dzieci. Na łono Kościoła starokatolickiego trafił w roku 1922, jego zadaniem była agitacja i poszukiwanie nowych wiernych. W 1926 roku Kostosz poznał doktora Wilhelma Brożka, który administrował katowicką parafią starokatolicką od roku 1923, po trzech latach wojewoda śląski zakazał mu jednak pełnienia funkcji duszpasterskich i powołał zarząd komisaryczny złożony z dwóch osób świeckich (parafia w tym czasie nie narzekała na nadmiar wiernych, jak pisze Małgorzata Winiarczyk-Kossakowska, w 1928 roku miała liczyć zaledwie 28 osób). Ksiądz Juliusz Bieniek (późniejszy sufragan katowicki) pisał w wydanej w 1934 roku książce pt. Parafia tzw. starokatolicka w Katowicach w oświetleniu historyczno–prawnem, że Brożek, obywatel austriacki, „przywłaszczył sobie tytuł doktora i przeprowadzał bez jakiegokolwiek upoważnienia rozwody, pobierając za to opłaty”.

Ilustracja nr 1. Nagłówek z dziennika „Siedem Groszy” z 30 kwietnia 1934 r.

Proboszcz Brożek miał udzielać Kostoszowi lekcji teologii, ten ostatni w parafii funkcjonował zaś jako diakon (dziennikarze nie mieli wątpliwości, że na podstawie sfałszowanego dokumentu poświadczającego święcenia diakońskie w zakonie franciszkańskim, których przecież otrzymać nie mógł).

Ze wspomnianym dokumentem Kostosz udał się do Bononii, gdzie starokatolicki biskup dr Georg Moog udzielił mu święceń kapłańskich (dziennikarz „Kuriera Warszawskiego” określa w wydaniu z 17 czerwca 1935 roku postawę Kostosza jako „niezupełnie uczciwą”, ponieważ status księdza zyskał „za pomocą podrobionych dokumentów”). Prymicje księdza Kostosza odbyły się w katowickiej parafii 5 maja 1929 roku.

Niedługo potem umiera ksiądz Brożek, a wspomniany już biskup Moog 12 sierpnia 1929 roku nadaje księdzu Kostoszowi tytuły i urzędy proboszcza katowickiej parafii oraz administratora biskupiego na całą Polskę. Wedle ks. Juliusza Bieńka, godności te „były nieważne, ponieważ pochodziły od biskupa niekatolickiego, obcokrajowego i nadane zostały osobie nieposiadającej odpowiednich kwalifikacji”. Jak pisze Halina Dudała, wikariusz generalny diecezji katowickiej, ksiądz Wilhelm Kasperlik, wielokrotnie protestował w dyrekcji policji przeciwko wyświęceniu Józefa Kostosza i powierzeniu mu eksponowanych stanowisk tłumacząc, że sprzeciwia się to „przepisom prawa międzynarodowego i wkracza w suwerenność państwową”.

Skargi te spotykały się jednak najczęściej z milczeniem władz wojewódzkich i centralnych, bądź też okazywało się, że władze te hojnie dotują starokatolicką parafię subwencjami na konserwację świątyni (jak to miało miejsce np. w 1931 roku).

W czasach zaborów parafia katowicka znajdowała się w jurysdykcji biskupstwa w Niemczech, po odzyskaniu Śląska przez Polskę sprawy przyjęły jednak inny obrót. Jak czytamy w dzienniku „Siedem Groszy” z 15 czerwca 1935 roku, w myśl konwencji genewskiej władze Kościoła starokatolickiego miały do 1 lipca 1923 roku dostosować organizację Kościoła starokatolickiego w Polsce do nowych warunków politycznych.

Ponieważ jednak tego nie uczyniono, „nie ma w Polsce władzy, która by mogła obsadzać w Polsce probostwa starokatolickie” (takie stanowisko zajęło Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego oraz Śląski Urząd Wojewódzki). Zdaniem ks. Juliusza Bieńka, jurysdykcja nad parafią starokatolicką w Katowicach od momentu wejścia w życie konwencji genewskiej (1923), a najpóźniej – konkordatu (1925) przeszła na biskupa ordynariusza Diecezji Katowickiej, sama parafia – jako taka – nadal jest katolicka, parafianie starokatoliccy są jednak poza obrębem katolickiej wspólnoty. Ks. Bieniek nie ma też wątpliwości, że prawidłowo wyświęceni duchowni starokatoliccy po wejściu w życiu konkordatu nie są już księżmi katolickimi i nie mają prawa do przywdziewania katolickich szat liturgicznych.

Do białości rozgrzany był też spór o budynek kościoła starokatolickiego przy Sokolskiej. Na łamach „Gazety Robotniczej” z 10 kwietnia 1934 roku, ks. Kostosz tłumaczy jak to „rzymianie” (tak nazywa katolików) próbują przejąć kościół przy Sokolskiej, który został wybudowany przez starokatolików za ich pieniądze i na działce przez nich zakupionej jeszcze w latach siedemdziesiątych XIX wieku, kiedy proboszczem był ks. Paweł Kamiński. Innego zdania była Kuria, której zdaniem kościół powinien zostać zwrócony parafii mariackiej.

O nieruchomość toczył się bój prawny, a strony stawały w tej sprawie przed sądem. Jak wspomina Halina Dudała, o ile w 1934 roku parafia mariacka w Katowicach przegrała przed Sądem Okręgowym sprawę o zwrot kościoła starokatolickiego przy Sokolskiej, o tyle już w 1936 roku odniosła sukces, który przyniosła strategia uznania parafii starokatolickiej za wygasłą (ostatecznie w 1938 roku sąd uznał rację wnioskodawców i parafia starokatolicka została zniesiona, obiekt zaś został przejęty przez parafię mariacką, a jego poświęcenie miało miejsce 7 marca 1938 roku; nieliczni pozostali starokatolicy spotykali się na nabożeństwach w kaplicy metodystów przy Francuskiej 27).

Ilustracja nr 2. Nagłówek z dziennika „Siedem Groszy” z 12 czerwca 1934 r.

Wszystkie te wątpliwości narosłe wokół parafii oraz jego osoby zdawały się nie przeszkadzać Józefowi Kostoszowi w wykonywaniu proboszczowskiej posługi, która budziła jednak w regionie wiele kontrowersji. W „Gościu Niedzielnym” z 24 kwietnia 1932 roku czytamy, że „kazania jego to większą częścią napaści na Kościół katolicki i kapłanów”, dalej zaś, że „szczególniejszą nienawiścią są przepojone jego przemówienia przeciwko władzy papieskiej i Ojcu świętemu›”.

Wielu mieszkańców Śląska mogło też być zdziwionych, kiedy na 1 maja 1930 roku, na godzinę jedenastą, na łamach „Gazety Robotniczej” (z 26 kwietnia 1930 r.) ksiądz Kostosz zaprosił na nabożeństwo do kościoła starokatolickiego członków partii socjalistycznej i robotników ze sztandarami. 26 czerwca 1932 roku „Gazeta Bydgoska” informowała swoich czytelników, że funkcje kapłańskie w katowickim kościele starokatolickim sprawują osobnicy podejrzani, „z których niejeden miał do czynienia z sądem, inni uciekli zadłużeni u miejscowych kupców itd.”. Sam proboszcz zaś, ks. Kostosz, „niedawno odpowiadał przed prokuratorem za przestępstwa na tle seksualnem, został jednak dla braku dowodów uwolniony”.

Rozwód dla każdego

Największe poruszenie w całym kraju wywołały jednak informacje o istniejącej przy parafii – jak ujął to Bolesław Reiner – „fabryce rozwodów”. Szczególnie liczną klientelę miał ks. Kostosz w Zagłębiu Dąbrowskim, gdzie do 1934 roku w samym tylko powiecie będzińskim rozwiązał 25 ślubów zawartych w Kościele rzymskokatolickim.

Interesanci byli przekonani, że w tym przypadku nadal obowiązuje rosyjskie prawo cywilne z 1836 roku, które stanowi, że prawo rozwiązywania ślubów przysługuje tylko sądom duchownym (tyle tylko, czego już chyba nie wiedzieli, że wyznania, w jakim zawarto ślub). W dzienniku „Siedem Groszy” z 13 czerwca 1934 roku można przeczytać historię jednego z interesantów, który uiścił dwieście złotych za rozwód, po czym – kiedy domagał się stosownego potwierdzenia – poinstruowano go, by się niczym nie przejmował, tylko szedł do ślubu (którego udzielił mu oczywiście starokatolicki duchowny).

Niektórzy zainteresowani otrzymywali potwierdzenie z pieczątką z państwowym godłem i adnotacją, że „ślub został unieważniony przez sąd duchowny kurii biskupiej Kościoła starokatolickiego w Katowicach” (nie podano jednak gdzie, kiedy i w jakim składzie obradował ów sąd oraz na jakiej podstawie ślub unieważniono).

Co więcej: jak czytamy w dzienniku „Siedem Groszy” z 10 marca 1935 roku, zdarzało się, że ślubu udzielano zainteresowanym w tym samym dniu, kiedy udzielony im został rozwód, a opłatę za procedurę rozkładano – zdarzało się – na raty. Wszelkich kwestii finansowych skrzętnie pilnował oraz zainteresowanych werbował sekretarz ks. Kostosza, Mateusz Mansfeld, który zwykł był się przedstawiać jako „sekretarz Administracji Biskupiej Kościoła Starokatolickiego w Katowicach” (niektóre wnioski rozwodowe Mansfeld miał nawet wypisywać w imieniu „klientów” na maszynie do pisania).

Ilustracja nr 3. Ks. Józef Kostosz

Głośno było również o subwencjonowaniu parafii starokatolickiej przez Śląski Urząd Wojewódzki, co oburzało szczególnie środowiska katolickie. Jak ustaliły katowickie władze policyjne, w marcu 1931 roku parafia starokatolicka otrzymała od Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego dwa tysiące złotych subwencji, z której – jak ustalono w śledztwie – „Kostosz sprzeniewierzył 800 złotych”.

W lipcu przekazano kolejne tysiąc złotych na renowację kościoła (i tutaj proboszcz miał nie rozliczyć połowy tej kwoty). Urząd jednak był konsekwentny i już w listopadzie przekazano parafii kolejną transzę subwencji, również w wysokości tysiąca złotych. Według śledczych, ks. Kostosz – zatajając to przed zarządem kościelnym - „wypożyczał” również budynek kościoła wojskowemu kapelanowi prawosławnemu, Stefanowi Rudykowi, za co inkasował co miesiąc sto złotych gotówką. Śledczy odnotowali też skrupulatnie, że proboszcz nie rozliczył się ze składek od wiernych, m.in. na pogrzeb ks. Brożka i remont kościoła. Jak pisze dziennikarz „Siedmiu Groszy” z 19 stycznia 1935 roku,

również Kostorz dopuścił się nadużyć przy ściąganiu podatku kościelnego. Pieniądze kradł, a księgę kasową prowadził fikcyjnie. W końcu gdy grunt pod nogami począł mu się palić, zniszczył księgi, do których miał wpisywać wszystkie wpływy pieniężne z tytułu podatku kościelnego. Wobec tego nie udało się obecnie stwierdzić, ile faktycznie Kostorz sprzeniewierzył.

Autor tekstu nie ma najmniejszych wątpliwości, że „karierę swą zakończy Kostorz w więzieniu”. Ksiądz Kostosz był jednak pewny swego, a umacniany wsparciem finansowym Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego próbował z pozycji równorzędnego partnera prowadzić mediacje z biskupem Adamskim (rolę pośrednika miał tu pełnić siemianowicki proboszcz, ks. Wilhelm Scholz).

Jak pisze Halina Dudała, Kostosz żądał od biskupa, by nie atakowano go w katolickiej prasie (głównie w „Gościu Niedzielnym”), by wycofano wytyczone przeciwko niemu procesy oraz zapewniono mu choćby skromne utrzymanie. W zamian obiecywał, że zaprzestanie walki z Kościołem Rzymskokatolickim, nie odstąpi swego stanowiska „innemu duchownemu sekciarskiemu”, nie przyjmie do pomocy Hodurowców, Narodowców ani Mariawitów, wygasi swoją aktywność w Łaziskach (wypowiadając m.in. współpracę Bronisławowi Salomonowi), będzie też dążył do Unii z Kościołem Rzymskokatolickim, a docelowo przekaże mu budynek kościoła przy Sokolskiej.

Jak konstatuje Halina Dudała, Kostosz obietnic swych nie dotrzymał, ponieważ wbrew tym zapewnieniom sprowadził do Łazisk Górnych oraz Rojcy kolejnych duchownych mariawickich po to, by odprawiali tam nabożeństwa. Nic więc dziwnego, że ewentualne negocjacje z biskupem stanęły pod znakiem zapytania.

Szturm na Łaziska

Wspomniane już Łaziska Górne zainteresowały ks. Kostosza z racji problemów w tamtejszej parafii. Dlatego też rozpoczął tu – jak określa to dziennikarz „Siedmiu Groszy” w zamieszczonym na pierwszej stronie tej poczytnej gazety tekście – „szczególnie pilną akcję” werbowania wiernych dla Kościoła starokatolickiego. Owe wspomniane już problemy związane były ze zmianą na stanowisku proboszcza na początku 1932 roku: z polecenia biskupa plebanię miał opuścić ks. Franciszek Paterok, na jego miejsce przybył zaś – do czasu wytypowania nowego proboszcza – administrator, ks. Wojciech Urban.

Ten zyskał ogromne uznanie i wielką sympatię parafian, więc kiedy na miejsce miał przybyć wskazany przez ordynariusza proboszcz, ks. Jan Tomala, ci nie kryli żalu, a wielu życzyło sobie, by ks. Urban pozostał w parafii. Jak relacjonuje dziennikarz „Siedmiu Groszy”, ks. Kostosz wyczuł te nastroje oraz towarzyszące im emocje i zaczął podburzać parafian przeciwko duchowieństwu rzymskokatolickiemu, znajdując zresztą posłuch u pewnej grupy osób. Efekt był taki, że kilku mężczyzn stale pilnowało drzwi do kościoła, nie wpuszczając nikogo do środka, a sytuacja ta trwała przez pięć tygodni, kiedy władzom kościelnym udało się w końcu konflikt zażegnać i wprowadzić proboszcza Tomalę do parafii i świątyni.

Józef Kostosz zaprosił do Łazisk ex-księdza, Bronisłąwa Salomona – „prałata”, „kanclerza” i „administratora biskupiego”, który miał pokierować powstającą tu starokatolicką parafią. Jak pisze Halina Dudała, jego „gorszące zachowanie oraz długi zdyskwalifikowały ruch starokatolicki w okolicach Łazisk Górnych”, w końcu doszło do tego, że eksmitowano go z zajmowanego mieszkania, o jego pijackich ekscesach zaś i nieuregulowanych finansowych zobowiązaniach przez czas jakiś było jeszcze głośno. Porażka ks. Salomona była początkiem końca parafii starokatolickiej w Łaziskach.

Na miejsce przybył wówczas – jak to określa Halina Dudała – „rzekomy biskup Polskiego Kościoła Katolickiego”, Józef Zielonka, który miał prosić księcia pszczyńskiego o działkę i pomoc w wystawieniu świątyni. Niebawem stawili się w Łaziskach Mariawici, którzy przejęli rozczarowanych sympatyków ks. Salomona, a kierowanie parafią powierzono ks. Skrzypicielowi. Wspólnota liczyła w pewnym momencie trzydzieści osób, wspólnymi siłami wybudowano drewnianą szopę, ta jednak w niejasnych okolicznościach spłonęła.

Próby odbudowy kapliczki spełzły na niczym, jako że sprzeciwiały się temu miejscowe władze. O ile w „Siedmiu Groszach” to „sekciarze” są przedstawiani jako ci, którzy bronili katolikom dostępu do ich kościoła, o tyle w „Gazecie Robotniczej” z 18 kwietnia 1933 roku mamy diametralnie inny obraz sytuacji. Ukrywający się pod pseudonimem „Obserwator” (czyżby sam ksiądz Kostosz?) autor wspomina, że po spaleniu kapliczki starokatolickiej, wierni nie mieli się gdzie podziać. Szczęśliwym trafem przydzielono im salę w dobrach księcia pszczyńskiego.

Tam jednak nie mieli spokoju, gdyż najpierw byli zastraszani przez nietrzeźwego mężczyznę (który przepędzał kobiety porządkujące salę), w końcu podczas nabożeństwa wielkoczwartkowego 13 kwietnia 1933 roku do sali wtargnęła grupa mężczyzn, która obrzuciła celebransa zgniłymi jajkami, za co otrzymali od zgromadzonych zasłużone szturchańce. Autor komentuje zachowanie intruzów słowami: „Kto się modli przed figurą, ten ma diabła poza skórą”.

W efekcie jednak Łaziska opuszcza ksiądz Skrzypiciel, a do miejscowości ściągają przedstawiciele sekty Gottesgemeinde, którzy werbują wiernych (docelowo pozyskali ich 15), a nabożeństwa odprawiają w prywatnych mieszkaniach. Zaraz po nich docierają tu Zielonoświątkowcy, Adwentyści Dnia Siódmego oraz Spirytyści (ci ostatni zyskali aż 60 sympatyków, a ich nabożeństwa – co ustalił dziennik „Siedem Groszy” – odbywały się „w domu starego Kiecki”). Dziennikarz „Siedmiu Groszy” w artykule „Od starokatolików do spirytystów” (30 lipca 1934 roku) nie ma najmniejszych wątpliwości, że:

nie należy bynajmniej przypuszczać, by dość poważna liczba członków organizacji mogła świadczyć o jej powodzeniu. Stwierdzić raczej trzeba, że większość członków zapędziła w szeregi sekciarzy zwykła ciekawość. Wiadomo bowiem, iż związek w „pracy" swojej posługuje się tzw. medium, przy pomocy którego otrzymuje rzekomo wiadomości z zaświata.

W tym samym tekście autor demonstruje pewność, że tym, który zasiał złe ziarno w parafii jest nie kto inny jak ks. Kostosz. Dziennikarz nie kryje też radości z tego tytułu, że po miesiącach „sekciarskich” eksperymentów, wielu otumanionych tymi ideologiami wróciło na łono Kościoła Katolickiego.

Zlikwidować raz na zawsze

Informując 11 listopada 1933 roku o skazaniu przez katowicki Sąd Administracyjny na miesięczny areszt ks. Kostosza (zdaniem „Polski Zachodniej”, duchowny trafił za kratki na półtora miesiąca), i nawet nie próbując ukrywać satysfakcji z tego powodu, dziennikarz „Górnoślązaka” wyrażał nadzieję, że „może ten wyrok położy kres jego działalności”. Oskarżenie dotyczyło „bezprawnego noszenia szat duchownych oraz używania rzeczy służących do odprawiania nabożeństw i wszelkich obrzędów kościelnych”. Nadzieje dziennikarza okazały się płonne, a o operatywnym księdzu niedługo znowu było głośno.

Ilustracja nr 4. Nagłówek z dziennika „Siedem Groszy”

A wszystko za sprawą ślubu, którego – pomimo wyraźnego zakazu – udzielał nielegalnie 21 marca 1934 roku. O ceremonii pewnie nikt by się nie dowiedział, gdyby nie to, że uchylone drzwi starokatolickiego kościoła zaniepokoiły patrolującego okolice ulicy Sokolskiej policjanta.

Funkcjonariusz wiedział, że kościół jest od kilku miesięcy zamknięty na cztery spusty na polecenie władz bezpieczeństwa, aż do odwołania, więc postanowił sprawdzić, co się wewnątrz dzieje. Jakież było jego zdumienie, kiedy w kościele – jak to sformułował dziennikarz „Polski Zachodniej” – „napełnionym sekciarzami”, zobaczył przed ołtarzem księdza Kostosza w liturgicznych szatach udzielającego ślubu młodej parze.

Policjant postanowił sprawę wyjaśnić, po sprowadzeniu posiłków aresztowano proboszcza, głównych bohaterów uroczystości oraz wszystkich gości. Jak się okazało, ksiądz Kostosz udzielał ślubu parze z Sosnowca: dwudziestoletniemu Stefanowi Gajdzie i piętnaście lat od niego starszej wdowie Felicji Kruczkowej, ceremonia nie była jednak poprzedzona obowiązkowym na Górnym Śląsku ślubem cywilnym, dodatkowo zaś nie upłynął wymagany przepisami rok od śmierci męża „panny młodej”, a więc złamane zostało prawo.

Dociekliwy, a przy tym szczerze oburzony autor artykułu „Zamiast ślubu – protokół na komisariacie”, pomieszczonego na łamach wydawanego w Porąbce dwutygodnika „Kronika Parafialna” (numer z 1 kwietnia 1934 roku), odkrył dodatkowo, że w zapowiedzi ślubnej, która ukazała się na łamach jednej z zagłębiowskich gazet, pojawia się inne imię pana młodego – nie Stefan, ale Edward Gajda. Konstatując więc, że oto „przybyło nam jeszcze jedno dzikie stadło”, anonimowy autor kończy swój artykuł następującym apelem:

Czas skończyć z tym starokatolickim skandalem. Mamy nadzieję, że władze po ostatnim występie p. Kostorza zlikwidują go raz na zawsze.

Trudno dziś dociec, czy autor miał na myśli definitywną likwidację skandalu, czy też – strach pomyśleć – jego głównego bohatera. Jak donosi tygodnik „Siewca Prawdy” z 17 marca 1935 roku, Józef Kostosz został skazany przez Sąd Okręgowy w Katowicach na karę w wysokości 600 złotych (plus pokrycie kosztów sądowych) za bezprawne przywłaszczenie sobie tytułów proboszcza i administratora biskupiego w Katowicach, używanie szat liturgicznych Kościoła Katolickiego oraz próbę zawarcia unii z Kościołem Katolickim Apostolskim Polsko-Narodowym biskupa Władysława Farona, w czym dopatrzono się działalności wymierzonej przeciwko porządkowi prawnemu w Polsce (Kostosz miał w nowym Kościele objąć stanowisko wikariusza generalnego, unii nie uznało jednak Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego).

29 kwietnia 1934 roku Kostosz, który ukrywał się przed władzami przez kilka miesięcy, nie odbierając wezwań do sądu, zostaje aresztowany. Usłyszał zarzuty, że podając się bezprawnie za urzędnika stanu cywilnego, udzielał ślubów i rozwodów oraz wydawał poświadczające te fakty dokumenty, dodatkowo zaś oskarżono go o „współudział w zbrodni bigamii”. W czasie rewizji w mieszkaniu Kostosza, funkcjonariusze znaleźli wiele dokumentów, kwitów, pieczęci i stempli, które dowodziły, że swoją działalność aresztowany prowadził niemal na skalę przemysłową.

W trakcie przesłuchania Kostosz przyznał się do tego, że wydał około stu dwudziestu zaświadczeń o zawarciu ślubu lub przeprowadzeniu rozwodu osobom z całej Polski, głównie katolikom (dziennikarz „Głosu Mazowieckiego”, w numerze z 24 czerwca 1935 roku, podliczył że ks. Kostosz w okresie swojego „urzędowania” zainkasował z tego tytułu około szesnaście tysięcy złotych; średnia cena „usługi” oscylowała wokół 338 złotych, ale zdarzało się, że dochodziła nawet do tysiąca, wszystko zależało od zasobności portfela zainteresowanego).

Oczywiście urzędy państwowe oraz komunalne sygnowanych przez Kostosza ślubów i rozwodów (przeprowadzanych nawet w prywatnych mieszkaniach) nie uznawały. W dzienniku „Siedem Groszy” z 30 kwietnia 1934 roku autorzy czołówkowego artykułu nie kryją radości z powodu położenia przez władze „ostatecznego kresu występnej działalności Kostosza”, wyrażają też w imieniu katolickiej ludności Śląska ulgę z racji aresztowania fałszywego proboszcza.

Ilustracja nr 5. Nagłówek z „Gazety Bydgoskiej” z 26 czerwca 1932 r.

14 czerwca 1935 roku na ławie oskarżonych w katowickim Sądzie Okręgowym zasiedli Józef Kostosz oraz jego asystent, Mateusz Mansfeld, oskarżeni o oszustwa i defraudacje. Ustalono, że z tytułu przeprowadzonych ślubów i rozwodów (co najmniej pięćdziesięciu czterech) obaj zainkasowali kwotę trzynastu tysięcy złotych. W śledztwie ks. Kostosz, który przyznał się do winy, tłumaczył się, że prowadził ten proceder, bo nie miał środków do życia.

Mansfeld zaś wyjaśniał, że uważał przełożonego za prawdziwego księdza i dlatego wykonywał wszystkie jego polecenia, nie zastanawiając się nawet, czy są zgodne z prawem. Sąd – po zapoznaniu się z dokumentacją oraz wysłuchaniu oskarżonych i świadków – skazał Kostosza na dwa lata więzienia w zawieszeniu na cztery lata, Mansfelda zaś na półtora roku (również w zawieszeniu na cztery lata). Tak wyrok ten komentował gwarą (zapis oryginalny) na łamach „Gościa Niedzielnego” słynny Stach Kropiciel (czyli ks. Klemens Kosyrczyk):

Na tyn przykład sąd w Katowicach skozoł niedowno tymu na 2 lata więzienia sławnego „księdza” i „farorza” parafii starokatolickiej (możno ta „parafija” mo z dziesięciu „parafijan”) Jana (błędnie, powinno być – Józefa; przyp. KG) Kostorza, a to za roztomaite cygaństwa, bo choć nie mioł żodnych święceń (robjył kiedyś na grubie, a potym był „Krankenwetrem” czyli pielęgniarzem w lazarecie), odprowioł nabożeństwa, dowoł śluby i udzieloł rozwodów, naturalnie za ruby piniądze, a przy tym zapomogi, jakie Województwo Śląskie (nie wiadomo po co) dawało mu dla poratowania jego „parafiji” też znikały. Było tego do kupy coś ze trzynoście tysięcy złotych, kiere Kostorz przetrfonił . Sąd skozoł go teraz jeny za udzielenie tych ślubów i rozwodów, bo za te przeniewierstwa bydzie Kostorz niezadługo mioł jeszce drugi termin i do kary 2 lot więzienia pewnie przybydzie mu jeszce z pora miesięcy. I taki człowiek móg przez długie lata napadać na księży i Kościół Katolicki i znajdował głupich, co w niego wierzyli!

Tyle Stach Kropiciel. Autor artykułu „Pielęgniarz w roli »kapłana starokatolickiego« skazany został na 2 lata więzienia” („Siedem Groszy” z 15 czerwca 1935 r.) pisze zaś, że Kostorz został w ten oto sposób w zupełności skompromitowany, a jego zwolennicy mają obecnie dowód, że jest „aferzystą żerującym na naiwności bliźnich, by tylko łatwo zapełnić swe głębokie kieszenie”. Tadeusz Piątek stara się na łamach „Studiów Śląskich” znaleźć jakiekolwiek usprawiedliwienie dla pracy zarobkowej Kostosza („niejednokrotnie podrywającej jego autorytet w parafii”), typując na pierwszym miejscu biedę, wynikającą ze szczupłej liczby wiernych w parafii. Autor nie znajduje jednak żadnego usprawiedliwienia dla założenia biura rozwodowego, nie ma też wątpliwości, że Kostosz „nie posiadał żadnych kwalifikacji ogólnych i teologicznych”.

Proboszcz składa broń

W styczniu 1936 roku sprawa Kostosza pojawia się w Warszawie, gdzie miał odpowiadać – obok 25 innych duchownych starokatolickich – przed sądem za „zawodowe oszustwa” (w szczególności udzielane przez siebie nielegalne śluby i rozwody). Głównym oskarżonym w sprawie był biskup Władysław Faron. Nękany procesami i mając w perspektywie konieczność poniesienia konsekwencji, Józef Kostosz postanowił złożyć broń i przeprosić za swoje czyny, o czym triumfalnie informował „Gość Niedzielny” z 12 kwietnia 1936 roku. Na łamach tygodnika opublikowano też następującej treści list starokatolickiego duchownego:

Poznawszy, że zbłądziłem, odwołuję niniejszem wszystkie zgorszenie i błędy, które popełniłem i proszę, by ci, którzy poszli za moim przykładem, wrócili z powrotem do kościoła rzymskokatolickiego i przepraszam ich za całe zgorszenie. Przykładem dobrego katolika i modlitwą będę błagał Boga, by wrócili i pojednali się z Kościołem.

Być może oświadczenie to pozwoliło Kostoszowi uniknąć kary więzienia. Wiele wskazuje na to, że po złożeniu „samokrytyki” duchowny definitywnie opuścił Śląsk, o czym wzmiankę znajdujemy w „Polonii” z 8 stycznia 1937 r. W artykule czytamy, że kościół był przez rok zamknięty, po czym do Katowic przyjechał z Warszawy nowy „proboszcz”, niejaki Pągowski, który próbował odprawiać w świątyni nabożeństwa. Tłumów jednak nie przyciągnął, 3 stycznia 1937 r. w celebrowanym przez niego nabożeństwie udział wzięło zaledwie osiem osób, a działalnością samozwańczego kapłana natychmiast zainteresowały się – za podszeptem regionalnej prasy – stosowne instytucje. Powojenne ślady Józefa Kostosza prowadzą do Leszna, gdzie był kapłanem parafii polskokatolickiej, ale to już całkiem inna historia.

Post scriptum

Artykuł niniejszy powstał głównie na bazie artykułów prasowych (w dużej mierze subiektywnych, często - emocjonalnych), przedstawia głośną wówczas sprawę Józefa Kostosza z perspektywy ówczesnego czytelnika prasy, nie tylko na Śląsku. Nie jest intencją autora prowadzenie teologicznych ani historycznych dysput na temat religii oraz oceny roli Kościoła starokatolickiego w międzywojennej Polsce, to zostawmy zajmującym się tą tematyką specjalistom (niektóre z ich głosów zostały zresztą powyżej przytoczone). Jakiekolwiek określenia wobec wyznań bądź osób, które mogą zostać odebrane jako pejoratywne, autor przytacza za konkretnymi publikacjami, starając się zawsze podać źródło. Autor ma nadzieję, że zainteresowani tematem sięgną do stosownej literatury przedmiotu (wiele bibliograficznych podpowiedzi znajduje się w wieńczącym niniejszy artykuł wykazie publikacji zwartych i ciągłych), co przyniesie być może kolejne opracowania na temat głośnej w latach trzydziestych XX wieku sprawy Józefa Kostosza.

Bibliografia:

„Duchowni” starokatolicy oskarżeni o zawodowe oszustwo, „Polonia”, 11 stycznia 1936 r.
„Duchowny” starokatolicki poszedł na przymusowe rozmyślanie do więzienia, „Górnoślązak”, 11-12 listopada 1933 r.
„Ks.” Kostosz udzielił 25 rozwodów w Zagłębiu. Policja prowadzi śledztwo, „Siedem Groszy”, 12 czerwca 1934 r.
Awantura czyli walka o Boga, „Gazeta Robotnicza”, 18 kwietnia 1933 r.
Awanturnicza kariera p. Kostosza, „proboszcza” Kościoła starokatolickiego w Katowicach „Siedem Groszy”, 30 kwietnia 1934 r.
Bieniek J., Parafia tzw. starokatolicka w oświetleniu historyczno-prawnem, Katowice 1934.
Dalsze szczegóły afery „ks.” Kostosza. Władze nie uznają jego ślubów, „Siedem Groszy”, 13 czerwca 1934 r.
Długajczyk E., Oblicze polityczne i własnościowe prasy polskiej w województwie śląskim 1922-1939, Katowice 1990.
Dudała H., Dzieje parafii starokatolickiej w Katowicach (1871-1938), [w:] Wkład kościołów i zakonu franciszkanów w kulturę Katowic, pod red. A. Barciaka, Katowice 2003.
Józef Kostosz, przywódca gminy starokatolickiej, wrócił do Kościoła katol. i odwołuje swoje błędy, „Gość Niedzielny”, 12 kwietnia 1936 r.
Kostosz J., Nadesłane do artykułu „Walka z Kościołem starokatolickiem”, „Gazeta Robotnicza”, 10 kwietnia 1934 r.
Kosyrczyk K., Gawęda Stacha Kropiciela, „Gość Niedzielny”, 23 czerwca 1935 r.
Leszno, http://www.polskokatolicki.pl/STRUKTURA/parafie/leszno.htm, [12.12.2015].
Moralne oblicze sekciarzy, „Głos Mazowiecki”, 24 czerwca 1935 r.
Niemcy, „Postęp”, 15 listopada 1913 r.
Nowy „proboszcz” kościoła starokatolickiego w Katowicach, „Polonia”, 8 stycznia 1937 r.
Nowy „proboszcz” starokatolicki grasuje w Katowicach, „Siedem Groszy”, 8 stycznia 1937 r.
Obserwator, Nadesłąne, „Gazeta Robotnicza”, 26 kwietnia 1930 r.
Od starokatolików do „spirytystów”. Sekciarstwo w Łaziskach Górnych, „Siedem Groszy”, 30 lipca 1934 r.
Piątek T., Rola i pozycja starokatolicyzmu na Śląsku, „Studia Śląskie”, t. XLIX, 1990.
Pielęgniarz w roli „kapłana katolickiego” skazany został na 2 lata więzienia, „Siedem Groszy”, 15 czerwca 1934 r.
Pielęgniarz w roli duchownego skazany na dwa lata więzienia, „Kurier Warszawski”, 17 czerwca 1935 r.
Proboszcz kościoła starokatolickiego Kostorz znowu na widowni. Udzielił ślubu młodej parze, „Polska Zachodnia”, 22 marca 1934 r.
Reiner B., Sytuacja Kościoła starokatolickiego w województwie śląskim w latach 1922-1938 (z badań nad mniejszościami wyznaniowymi), „Studia Śląskie”, t. XXXII, 1977.
Skazanie duchownego sekty „starokatolików”, „Goniec Częstochowski”, 9 marca 1935 r.
Skrudlik M., Bezbożnictwo w Polsce, Katowice 1935.
Stępniak A., Łaziska Górne - siedem wieków historii, Katowice, 1986.
W obronie prawdy, „Gość Niedzielny”, 24 kwietnia 1932 r.
Wielka afera rozwodowa w Katowicach. Z praktyk „duchownych” kościoła starokatolickiego, „Siedem Groszy”, 10 marca 1935 r.
Winiarczyk-Kossakowska M., Ustawy III Rzeczpospolitej o stosunku państwa do kościołów chrześcijańskich, Warszawa 2004.
Wyrok na sekciarza - starokatolika, „Siewca Prawdy”, 17 marca 1935 r.
Zaczepki sekciarskie, „Siedem Groszy”, 9 października 1935 r.
Zamiast ślubu – protokół w komisariacie. Czas skończyć ze starokatolickim skandalem w Katowicach, „Kronika Parafialna”, 1 kwietnia 1934 r.

* * *

W artykule wykorzystano ilustracje z dzienników „Siedem Groszy” (1, 2, 4) oraz „Gazeta Bydgoska” (5). Ilustracja nr 3 pochodzi z publikacji: H. Dudała, Dzieje parafii starokatolickiej w Katowicach (1871-1938), [w:] Wkład kościołów i zakonu franciszkanów w kulturę Katowic, pod red. A. Barciaka, Katowice 2003.

* * *

Dr hab. Krzysztof Gajdka

Historyk literatury i medioznawca, od ponad dziesięciu lat wykłada historię prasy w katowickich, krakowskich i rzeszowskich uczelniach wyższych. Wydał Dziennikarstwo polskie na Śląsku. Zarys historyczny Jana Kudery, w najbliższych planach jest opracowanie krytyczne pt. Antologia tekstów z „Poradnika Gospodarczego” Karola Miarki (lata 1871-1872, 1879-1880). oraz książka pt. Miesięcznik „Fala” w okresie okupacji hitlerowskiej w Polsce. W cyklu Zbrodnie i sensacje sprzed lat autor przegląda z należytą uwagą pitavale na łamach dawnej śląskiej prasy, odnajdując zapomniane już dziś historie, które kiedyś elektryzowały region i były na ustach wszystkich, a dziennikarze tak ówczesnych bulwarówek, jak i „poważnych” gazet i czasopism, poświęcali im nierzadko całe kolumny. W znacznej mierze są to głośne zbrodnie oraz towarzyszące im śledztwa i – będące ich następstwem – procesy sądowe, wyroki i egzekucje.

Dr hab. Krzysztof Gajdka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.