Znaleźliśmy górnośląski Wilczy Szaniec. Jest w Panewnikach [WIDEO]

Czytaj dalej
Tomasz Borówka, Mirosław Węcki

Znaleźliśmy górnośląski Wilczy Szaniec. Jest w Panewnikach [WIDEO]

Tomasz Borówka, Mirosław Węcki

Odnaleźliśmy tajne stanowisko dowodzenia gauleitera Brachta. Mieściło się w Panewnikach, dzisiejszej dzielnicy Katowic.

W latach 1943-1945 najważniejsze ośrodki miejskie i przemysłowe III Rzeszy stały się celem zmasowanych nalotów alianckich. W zamyśle aliantów miały one doprowadzić do zniszczenia przemysłu Niemiec i złamania morale niemieckiego społeczeństwa. Wkrótce okazało się, że Luftwaffe nie była w stanie powstrzymać anglo-amerykańskich bombowców. W tej sytuacji jeszcze większego znaczenia nabrały profilaktyczne działania cywilnej obrony przeciwlotniczej (Luftschutz), które miały zminimalizować straty wśród ludności. Pod koniec wojny zwierzchnictwo nad tą organizacją sprawowała partia nazistowska (NSDAP). W skali regionalnej obroną przeciwlotniczą kierowali zatem gauleiterzy (kierownicy okręgowi) NSDAP, którzy byli jednocześnie Komisarzami Obrony Rzeszy. Dysponowali oni własnymi sztabami. Podobnie jak dla sztabu Führera, tworzono dla nich specjalne, tajne stanowiska dowodzenia.

Mieszkanie za czytanie

Nie inaczej było na Górnym Śląsku. Znaczenie gospodarcze regionu czyniło go szczególnie atrakcyjnym celem dla alianckich bombowców. Znaczne odległości od anglo-amerykańskich baz lotniczych w Anglii oraz w Afryce sprawiły jednak, że do 1943 roku Śląsk pozostawał względnie bezpieczny przed nalotami. W latach 1943-1944 przeniesiono tu liczne przedsiębiorstwa oraz tysiące ludzi z innych, intensywnie już bombardowanych, terenów Niemiec. Z tego względu Śląsk był nazywany „schronem przeciwlotniczym Rzeszy” (Reichsluftschutzkeller). Wraz z lądowaniem aliantów we Włoszech w 1943 roku i opanowaniem tamtejszych lotnisk, skończyło się jednak dotychczasowe bezpieczeństwo Śląska. Już w lipcu 1943 roku dowództwo Luftwaffe uznało ten obszar za zagrożony nalotami.

Dla gauleitera Fritza Brachta był to sygnał do rozpoczęcia intensywnych przygotowań mających zminimalizować straty wywołane przez potencjalne bombardowania górnośląskich miast i zakładów przemysłowych. Jeszcze na początku 1943 roku gauleiter powołał specjalny sztab kryzysowy. W następnych miesiącach rozbudowywano struktury cywilnej obrony przeciwlotniczej. Szkolono ratowników, prowadzono akcję edukacyjną wśród ludności, kompletowano sprzęt gaśniczy i medyczny. Już w 1943 roku rozpoczęto budowę licznych bunkrów, schronów przeciwlotniczych i rowów przeciwodłamkowych. Budowę tego typu obiektów kontynuowano, już na masową skalę, w 1944 roku. Przykładowo w Katowicach - stolicy okręgu górnośląskiego - wybudowano schrony pod niemal wszystkimi ważniejszymi budynkami użytku publicznego. Również piwnice domów mieszkalnych były przebudowywane na prowizoryczne miejsca schronienia. Na ścianach wielu budynków było widać żółte strzałki z napisem LSR - Luftschutzraum, a więc schron przeciwlotniczy.

Lato 1944 roku przyniosło definitywny koniec mitu o bezpiecznym od nalotów Śląsku. W sierpniu 1944 roku amerykańskie bombowce rozpoczęły ofensywę przeciwko niemieckiemu przemysłowi paliwowemu. Na Górnym Śląsku, w Monowicach, Blachowni Śląskiej i Kędzierzynie, znajdowały się wówczas fabryki benzyny syntetycznej, które stały się celem nalotów. W miastach regionu coraz częściej słyszało się syreny alarmowe, informujące o zbliżających się samolotach nieprzyjaciela. Gauleiter osobiście kierował działaniami podległych mu struktur. Posługiwał się w tym celu specjalnie rozbudowaną siecią łączności, dającą mu stały kontakt z powiatowymi sztabami obrony przeciwlotniczej, na których czele stali funkcjonariusze partii nazistowskiej. W celu bezpiecznego i sprawnego zarządzania okręgiem w momencie nalotów, Bracht potrzebował oczywiście odpowiedniego stanowiska dowodzenia.

Gdzie jednak mieścił się ten tajny punkt dowodzenia gauleitera, z którego jako Komisarz Obrony Rzeszy zarządzał obroną przeciwlotniczą Górnego Śląska? Fakt istnienia tajnej siedziby Brachta przez długie lata niemal kompletnie umykał nawet znawcom okresu II wojny światowej - nie mówiąc już o jej konkretnej lokalizacji. Historyk Alfred Konieczny napisał wprawdzie kiedyś, że było to w Panewnikach. Któż jednak pomyślałby, że należy potraktować to najzupełniej dosłownie? Prędzej można by się spodziewać, że pozostałości tajnej kwatery Brachta kryją panewnickie bądź kochłowickie lasy, w których gęsto przecież od powojskowych terenów, a nawet starych fortyfikacji. Dopiero Henryk Ćmok, jeden z najstarszych mieszkańców Starej Ligoty, naprowadził nas na rozwiązanie tej zagadki. Jego opowieści z dawnych lat są doprawdy pasjonujące, a podczas jednej z nich...

- Tam w Panewnikach, gdzie siostry klasztorne, kaplica i Szpital Kolejowy - opowiadał pan Henryk - był taki magazyn, że w 1945 roku Rusy przez miesiąc wywozili z niego dzień i noc towar. I tam w czasie okupacji były aż trzy piętra w dół. Niemcy - to znaczy ten gauleiter, co w Katowicach był, ten Bracht - on tam miał swoją centralę. Jak był Fliegeralarm, to oni zawsze tu jechali. Nie pamiętam dokładnie, ile tych samochodów było, ale pięć albo sześć, czarnych i ze szparami w reflektorach, że miały te światełka takie wąskie. To ta ich generalicja, cały ten sztab tego Brachta, jechał do tego swojego bunkra dowodzeniowego. Jak jest teraz Szpital Kolejowy, to oni tam mieli wejście. I tam zawsze wchodzili. Teraz ten bunkier już chyba zlikwidowali, pozalewali...

„Tu jechali” - to znaczy ulicą Ligocką od Katowic w kierunku Panewnik, gdzie znajduje się klasztor Sióstr Służebniczek NMP Niepokalanie Poczętej. Trwającą od 1934 r. budowę ich nowego Domu Prowincjalnego zakłóciła wojna. W chwili jej wybuchu nie był on jeszcze w pełni ukończony i siostry nie zdążyły się doń wprowadzić. Kazimierz Leszczyński z Panewnik jest bezcennym naocznym świadkiem tego, że to tam właśnie przyjeżdżała nazistowska ekipa, kiedy był jeszcze niespełna 12-letnim chłopcem. - Jak buczały syreny na Vorallarm, uciekaliśmy z lekcji, by patrzeć, jak się dygnitarze zjeżdżają. To było całe śląskie szefostwo z gauleiterem na czele - mówi. - Widać było, że to wysocy stopniem urzędnicy z Katowic, z głównych władz. Pewności nie mam, ale gauleiter mógł być między nimi.

Jak wyglądał wtedy klasztor? - Budynek był już pod dachem, miał wprawione okna, ale drzwi wejściowe prowizoryczne, z desek - wyjaśnia pan Leszczyński. - Początkowo mogliśmy tam jeszcze wchodzić, ale potem, jakoś od 1943, o ile sobie przypominam, już nas strażnicy nie wpuszczali. W 1944 był tam już chyba bunkier i to do niego zjeżdżało się to całe szefostwo. Gauleiter, policja... Z tyłu, w lesie, mieli wały ziemne - bunkry czy szańce na samochody. Znajdowały się tam, gdzie teraz nowy budynek Szpitala Kolejowego oraz hotel dla pielęgniarek i szkoła podstawowa.

Klasztor od drogi oddzielało wysokie ogrodzenie. Całkowicie zasłaniało, co dzieje się wewnątrz. Ale ciekawskie dzieci mają swe sposoby. - Wchodziliśmy na drzewa z tyłu i zaglądali - wspomina pani Donata Mrowiec. - Było tam dużo wojska, uzbrojeni strażnicy.

Zapamiętała jeszcze jedno: Niemcy nazywali budynek „Gauhaus”. To nie przypadek, że identyczną nazwę nosiła wówczas siedziba naczelnych władz nazistowskich na Górnym Śląsku, czyli wcześniejszy (i obecny) Śląski Urząd Wojewódzki. Według pana Leszczyńskiego, strażnicy prawdopodobnie należeli do Schutzpolizei, której członkowie nosili mundury nieznacznie tylko różniące się od wojskowych, a służbę często pełnili w hełmach i uzbrojeni w karabiny. Inny z mieszkańców Panewnik zapamiętał, że gdy jako dziecko bawił się w okolicy, przepędził go właśnie strzegący budynku „szupok”.

W archiwum Urzędu Miasta Katowice odnaleźliśmy powojenny dokument stwierdzający czarno na białym, że właśnie w piwnicach klasztoru „urządzony był schron wraz z centralną stacją obrony przeciwlotniczej”. Co więcej, istnieje jeszcze jedno, rewelacyjne źródło, do którego dotarliśmy z pomocą Grzegorza Płonki i Dariusza Seniejki. Zmarły w 1981 r. Franciszek Sroka, były powstaniec śląski i żołnierz AK, a w 1945 r. p.o. naczelnika gminy Panewniki, zawarł w pamiętniku tak szczegółowy opis tego obiektu, określanego mianem Gaubefehlstelle, że być może widział jego wnętrze na własne oczy. Według Sroki schron zbudowano na „głębokości 7 metrów od założenia fundamentów budynku”, jego betonowy strop miał metr grubości, a do środka prowadziły betonowe schody i „specjalny właz szybikowy”.

Czytamy również o umieszczonej w schronie centrali telefonicznej, radiostacji i dalekopisach, a także maszynowni oraz salach na 200 osób. Pamiętnik Franciszka Sroki został wykorzystany przy pisaniu „Zarysu historii Ligoty i Panewnik od zarania do czasów współczesnych” pod redakcją Grzegorza Płonki. Jednak nakład tej godnej szacunku pracy z 2010 r. był niezbyt duży i fakt, że został w niej opisany bunkier pod klasztorem służący nazistowskim prominentom za schronienie przed nalotami, uszedł jakoś powszechnej uwadze. W rezultacie aż do teraz nikt nie kojarzył tego miejsca ze stanowiskiem dowodzenia gauleitera, oficjalnie zwanym przecież Gaubefehlsstand Panewnik.

Dlaczego Bracht umieścił je właśnie w Panewnikach? Nie nadawał się do tego celu budynek Urzędu Wojewódzkiego, usytuowany w ścisłym, narażonym na bombardowanie centrum Katowic. Zapewne więc jeszcze w 1943, lub na początku 1944 roku, wyznaczono bardziej stosowną lokalizację. Wybór padł na nowo wybudowany budynek klasztoru Sióstr Służebniczek NMP w Panewnikach. Takie umiejscowienie miało zapewne wiele zalet. Niewielka odległość od centrum Katowic umożliwiała szybki dojazd w przypadku alarmu przeciwlotniczego. Do tego w Panewnikach nie znajdował się żaden znaczniejszy obiekt przemysłowy, było więc mało prawdopodobne, aby stały się celem nalotu. Świetnym maskowaniem było też umieszczenie punktu dowodzenia w podziemiach klasztoru, poza tym wykorzystywanego jako wielki magazyn zagrabionego mienia.
Budynek ten został skonfiskowany przez władze niemieckie jeszcze w 1941 roku. Ta data nie była przypadkowa. Na początku 1941 roku Bracht został gauleiterem okręgu górnośląskiego. Wkrótce po nominacji zintensyfikował działania wymierzone w Kościół katolicki. Jednym z elementów zaostrzenia kursu było usunięcie z Katowic biskupa Stanisława Adamskiego. W następnych miesiącach skonfiskowano też liczne budynki należące do Kościoła. Wśród nich znalazł się panewnicki klasztor. Z pewnością jednak w 1941 roku gauleiter nie przewidywał, że obiekt ten posłuży jako punkt dowodzenia.

Lokalizacja stanowiska gauleitera była z pewnością tajna. Latem 1944 roku ludność Górnego Śląska miała jednak świadomość istnienia takiego miejsca. Każdy ogłaszany przez radio lub słynne „szczekaczki” (głośniki na ulicach miast) alarm przeciwlotniczy zaczynał się od słów: „Tu punkt dowodzenia gauleitera!” („Hier ist der Befehlsstand des Gauleiters!”). W samych zaś Panewnikach mówiono, że to właśnie stamtąd nadawane są ostrzegawcze komunikaty.
Aby poprawić morale ludności, pod koniec sierpnia 1944 roku na łamach dziennika „Oberschlesische Zeitung” ukazał się artykuł opisujący ów punkt dowodzenia przeciwlotniczego. Tekst ten był nawet opatrzony fotografiami ukazującymi wnętrze tego obiektu i pracujący sztab gauleitera. Pewne jest, że punkt dowodzenia w Panewnikach był intensywnie wykorzystywany w ostatnich miesiącach 1944 roku. Na szczęście dla mieszkańców Górnego Śląska, oszczędzono mu koszmaru nalotów dywanowych i wywoływanych przez nie apokaliptycznych burz ogniowych. Gauleiterowi nie było zatem dane sprawdzić rzeczywistej wartości dowodzonej przez niego obrony przeciwlotniczej.

Dzięki uprzejmości Tomasza Grabowskiego, dyrektora Szpitala Kolejowego, przeprowadziliśmy wizję lokalną w piwnicy pod sutereną tego obiektu. To najstarsza część szpitala, mieszcząca się w skrzydle budynku klasztornego. Nie były to poszukiwania na ślepo: z zachowanych w archiwum UM Katowice planów architektonicznych wynika, że to tam zlokalizowano polski schron Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej. I rzeczywiście, nie jest to zwykła piwnica. Nie tylko odnaleźliśmy tam ślady najprawdopodobniej instalacji filtrowentylacyjnej, ale i metalową, sporej wielkości klapę, umieszczoną w zewnętrznej ścianie fundamentów i prowadzącą gdzieś w głąb ziemi.

Siostry Służebniczki NMP nie kryją zdziwienia, że w skrzydle budynku, w którym znajduje się Szpital Kolejowy, istnieje poniżej sutereny jeszcze jedna kondygnacja. W części klasztornej suterena jest poziomem najniższym. - Dawniej wśród starszych sióstr mówiło się wprawdzie o jakimś bunkrze, jednak żadna z nich nie potrafiła wskazać konkretnego miejsca - stwierdza siostra Małgorzata Megier, przełożona prowincjalna. - Nic w naszym klasztorze nie wskazuje na to, by istniał tu jakiś schron. Nie znamy żadnych zamurowanych przejść, żadnych podejrzanych klap, za którymi coś mogłoby się kryć.
Siostra Samuela Markiewicz pamięta wprawdzie bunkier - tyle że przeznaczony na węgiel opałowy. Łączył go z klasztorną kotłownią podziemny kanał. Metalowa klapa tego bunkra zapadła się kiedyś pod ciężarem samochodu. Teraz nie ma po niej śladu, zniknęła pod brukową kostką.

Natomiast w Szpitalu Kolejowym dowiedzieliśmy się, że na trawniku przed klasztorem jest stara, obmurowana cegłami studzienka, głębsza od okolicznej kanalizacji. Czyżby to był szyb wyjściowy? Zaś owa metalowa klapa w podziemiach - czy to standardowe w każdym schronie wyjście ewakuacyjne, czy też może przejście do drugiego, większego obiektu? Odpowiedzi na te pytania mogą dać tylko dalsze badania. Do ich prowadzenia niezbędna jest zgoda właściciela obiektu (czyli Sióstr Służebniczek NMP) oraz nadzór archeologa. Powinni je zabezpieczać strażacy, a być może i saperzy. Podejmiemy jednak starania, by zagadkę „górnośląskiego Wilczego Szańca” rozwikłać do końca.

Fritz Bracht

Fritz Bracht objął rządy na Górnym Śląsku w 1941 r. Jako zwierzchnik struktur administracji państwowej i partyjnej w okręgu górnośląskim (Gau Oberschlesien), odpowiadał za całokształt nazistowskiej polityki w tym regionie. To właśnie on nadzorował akcję wpisów na słynną volkslistę. Aktywnie wspierał zbrodniczą działalność SS i Gestapo. Wielokrotnie też odwiedzał obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, gdzie oglądał mordowanie Żydów w komorach gazowych.
Możliwe, że ostatnie dni swoich rządów na Górnym Śląsku Bracht spędził właśnie w Panewnikach, skąd być może chciał dowodzić oddziałami volkssturmu mającymi bronić „Festung Oberschlesien”. Wtedy punkt dowodzenia w Panewnikach miałby także charakter kwatery dowodzenia obroną Górnego Śląska. W styczniu 1945 Bracht został ewakuowany do Kudowy-Zdroju, gdzie w maju 1945 popełnił samobójstwo.

Autorzy:

Tomasz Borówka - nasz dziennikarz, wydawca serwisu DziennikZachodni.pl, historyk z wykształcenia i ogromnej pasji
Dr Mirosław Węcki - pracownik naukowy Instytutu Historii UŚ i Archiwum Państwowego w Katowicach

Tomasz Borówka, Mirosław Węcki

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.