Znamy nowy rząd. Dr Bartosz Rydliński: "W tej układance nikt nie wygrał. Jarosław Kaczyński też nie"

Czytaj dalej
Fot. Karolina Misztal
Ryszarda Wojciechowska

Znamy nowy rząd. Dr Bartosz Rydliński: "W tej układance nikt nie wygrał. Jarosław Kaczyński też nie"

Ryszarda Wojciechowska

- Minister edukacji i nauki powinien być jak szef dyplomacji - wzorem kultury słowa, klasy. Źle się stało, że klasyczny fajter polityczny, jedna z twarzy polskiej wojny ideologicznej, stoi dziś na czele świata akademickiego - mówi politolog dr Bartosz Rydliński z UKSW.

Ryszarda Wojciechowska: Zerknijmy na nowy rząd okiem politologa. Coś pana w nim zaskakuje?

Dr Bartosz Rydliński: Dziwi przede wszystkim mała liczba kobiet w tym zrekonstruowanym rządzie.

Mała... to mało powiedziane. Tylko jedna kobieta znalazła w nim miejsce.

Moim zdaniem, to nieracjonalne posunięcie polityczne. Nawet te najbardziej konserwatywne rządy w Europie dostrzegają już znaczącą rolę kobiet w polityce. A liderzy tych rządów już dawno zrozumieli, że obecność kobiet na eksponowanych stanowiskach politycznych zwyczajnie wyborczo się opłaca. Ten męski skład po rekonstrukcji tym bardziej zaskakuje, że twarzami pierwszego rządu Prawa i Sprawiedliwości były kobiety. To przecież premier Beata Szydło i minister Elżbieta Rafalska firmowały najbardziej spektakularny projekt partii rządzącej, czyli program 500 plus, który jeszcze mocniej podbił popularność Zjednoczonej Prawicy.

Na co jeszcze zwrócił pan uwagę?

Na połączenie ministerstw. Zupełnie niezrozumiałe wydaje się połączenie ministerstw edukacji i szkolnictwa wyższego. To spowoduje, że dzisiaj w jednej kolejce do ministra ustawią się rektorzy uczelni badawczych i kuratorzy oświaty.

Dwa inne światy?

Zgadza się, bo problemy studentów i uczniów oraz problemy nauczycieli akademickich i nauczania początkowego są zupełnie innej kategorii.

Ale Przemysław Czarnek nie będzie się tym przejmował. Jego wybór na ministra edukacji i nauki uznano za, delikatnie mówiąc, kontrowersyjny. Teraz to będzie także pana przełożony.

Mam z problem z tą kandydaturą. Minister edukacji i nauki powinien być jak szef dyplomacji - wzorem kultury słowa, klasy. Źle się stało, że klasyczny fajter polityczny, jedna z twarzy polskiej wojny ideologicznej, stoi dziś na czele świata akademickiego. Świata, który jest uniwersalny, złożony, w którym reprezentowane są wszystkie środowiska intelektualne, ideowe i naukowe, świata w którym się nikogo nie wyklucza. A minister Czarnek, na razie, znany jest z bardzo kontrowersyjnych wypowiedzi na temat osób nieheteronormatywnych....

Których, jak się wyraził, nie uważa za osoby normalne.
Pytanie - czy będzie więc szanowany przez tych rektorów, którzy nie uważają tak jak on, że osoby LGBT to ideologia. Ale dziwi mnie też połączenie ministerstwa kultury i dziedzictwa narodowego z ministerstwem sportu. Przypomina to hasło z kulturą fizyczną na ty. Takie konglomeraty ministerialne mogą nawet wizerunkowo nieźle wyglądać, ale kompetencyjnie wcześniej czy później muszą pękać w szwach.

Jarosław Kaczyński jest teraz wicepremierem. I ma nadzorować tzw. resorty siłowe. Sytuacja zabawna kiedy wicepremier będzie nadpremierem. Bo i tak wszyscy wiedzą, że władzę w kraju sprawuje prezes PiS.

Oczami wyobraźni widzę już jak na posiedzeniu rządu następuje niezręczna cisza, bo Mateusz Morawiecki czeka na zgodę Jarosława Kaczyńskiego czy może to posiedzenie rozpocząć. A Jarosław Kaczyński niczym belfer daje mu znać, że może. Natomiast nieunikniony jest spór kompetencyjny między poszczególnymi ministrami, nad którymi będzie czuwał Jarosław Kaczyński. Moim zdaniem, Zbigniew Ziobro zareaguje, jeśli wicepremier Kaczyński będzie blokował jego posunięcia w ministerstwie sprawiedliwości. Długo nie wytrzyma. I ten konflikt obu polityków przejdzie w nową fazę. Jeśli tak będzie to za kilka miesięcy, jak przypuszczam, nie wcześniej. Może się też nasilać niechęć miedzy Mateuszem Morawieckim i Zbigniewem Ziobro, bo ten pierwszy jest nadal faworytem do sukcesji po Jarosławie Kaczyńskim.

Ale wejście do rządu Jarosława Kaczyńskiego osłabia pozycję premiera Morawieckiego.

Bo w tej układance nikt nie wygrał, można powiedzieć. Jarosław Kaczyński też nie. Musiał zostać wicepremierem, chociaż nie chciał. Bo gdyby chciał, mógłby być przecież wcześniej premierem. Ale widocznie miał dość tej wyniszczającej jednak pracy. Łatwiej się rządzi z tylnego siedzenia. A Mateusz Morawiecki musiał przełknąć tę gorzką pigułkę, po tym jak się okazało, że jednak nie jest samodzielnym graczem w obozie Zjednoczonej Prawicy. Że ciągle potrzebuje protektora w postaci Jarosława Kaczyńskiego. Zwracam też uwagę na to, że w czasie największego przesilenia, politykiem Prawa i Sprawiedliwości, który mówił o zrywaniu beretek, nie był Mateusz Morawiecki tylko Joachim Brudziński. Premier ma więc świadomość, że do roli sukcesora musi jeszcze dorosnąć, jak też do takiej relacji, jaką ma z prezesem europoseł Brudziński.

Jarosław Kaczyński ma nadzorować w nowym rządzie także Ministerstwo Obrony Narodowej. Czy to nie spowoduje konfliktu z prezydentem, który jest zwierzchnikiem armii?

Taki konflikt byłby nade wszystko szkodliwy dla naszego bezpieczeństwa, więc nie podejrzewam Jarosława Kaczyńskiego czy Andrzeja Dudę o taką małostkowość. Oczywiście nadzór nad MON będzie dawał Jarosławowi Kaczyńskiemu pretekst do częstszych spotkań z Prezydentem. Podczas takich rozmów oczywiście będą dyskutowane inne polityczne kwestie, jak chociażby niewypowiedziane jeszcze weto do ustawy futerkowej.

Zniknęło Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. Morze jeszcze mamy, ministerstwa już nie...

Takie ministerstwo nie zawsze było.

A to które było, niewiele robiło, można powiedzieć?

Najlepiej gdyby znalazł się jakiś kompetentny ekspert w Zjednoczonej Prawicy, który potrafi nie tyle biegać z łopatą po Mierzei Wiślanej, co załatwiać interesy polskich rybaków czy transportu morskiego w Brukseli. Pytanie, czy to się wpisuje w filozofię tego rządu? Mam wrażenie, że nie.

Wystarczy im przekopanie Mierzei Wiślanej?

Mierzeja i Centralny Port Komunikacyjny to wręcz sanacyjne projekty, którymi premier Morawiecki chciałby się pochwalić. Chociaż mam wrażenie, że w przypadku Mierzei coraz więcej osób godzi się z tym, że sam pomysł nie jest taki zły. Bo jednak zachowanie Federacji Rosyjskiej wymaga od nas pewnych działań. Tylko czy trzeba ten pomysł realizować w atmosferze konfliktu politycznego? Można to było załatwić po ciężkich i długich konsultacjach. I wtedy może byłby to projekt ponad partyjnymi podziałami.

Ryszarda Wojciechowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.