Znani są z projektów dla innych. Dzisiaj pokazują swoje domy [ZDJĘCIA]

Czytaj dalej
Fot. Jacek Poremba
Dorota Niećko

Znani są z projektów dla innych. Dzisiaj pokazują swoje domy [ZDJĘCIA]

Dorota Niećko

Jeden mieszka w betonowej arce, drugi w dawnej górniczej lampiarni. Dwaj śląscy architekci, znani już na całym świecie Robert Konieczny i Przemo Łukasik, mówią, jak sami mieszkają.

O ich projektach słyszymy, gdy zdobędą nagrodę. Projektują na Śląsku, w Polsce, na całym świecie. Jak sami mieszkają, mówią śląscy architekci.

Łukasik. Bolko Loft w lampiarni

- Jak wygląda mój dom? Przecież wszyscy to wiedzą - śmieje się Przemo Łukasik z pracowni Medusa Group. To architekt, który w Katowicach zaprojektował biurowce Tiramisu i wieże KTW. Mieszka w Bytomiu. Dom ma w dawnej lampiarni kopalni Orzeł Biały. Zaprojektował go, rzecz jasna, sam. Bolko Loft, bo tak się zwie, powstał na początku lat dwutysięcznych. Mieszkanie jest osiem metrów nad ziemią.

Jak się tam mieszka? - Pomieszkuje - precyzuje Łukasik. I wyjaśnia: - Pewnie nie jestem odosobniony, bo większość architektów przemieszkuje w swoich domach. To zjawisko przywiązane do naszego zawodu. Dlatego bardzo istotne dla mnie jest to, aby w domu mieć jak największy kontakt z rodziną, i to dzieje się za sprawą otwartej przestrzeni. Ta część domu pozwala nam być razem, nasze życie „dzieje się” tu. Ta przestrzeń łączy salon, kuchnię, część jadalną. Open plan był u mnie naturalnym elementem domu. Tam jemy śniadanie, tam młodszy syn odrabia lekcje, tam - przy kominku, a raczej kozie - spotykamy się z przyjaciółmi, tam oglądamy telewizję. A, no i tam „kręcę” treningi na rowerze, na co w innych okolicznościach nie mam czasu. I tam stoi też choinka.

Stwierdzenie, że „wszyscy” znają dom architekta, wcale nie jest nadużyciem. Od czasu, jak stara lampiarnia została przerobiona na loft, stała się celem licznych wycieczek. Nie tylko z Polski. Ostatnio? - Byli emeryci z Austrii, wcale nie architekci, dzieci, studenci socjologii etnografii. Czasem osoby prywatne. Już nie zapraszam ich do środka, potrzebuję prywatności - przyznaje.

Co widzą zatem ludzie? Dom posadowiony na ośmiu palach. Czego nie widzą? Odkrytych instalacji wewnątrz, przemysłowych lamp, surowego betonu w pokoju dziennym, kuchni, posadzki z parkietu przemysłowego. Koszulek, nie tylko „Czarnych” Bytom, wylicytowanych na aukcjach. Kimon synów, suszących się na kaloryferach, pasa trx do ćwiczeń. Ani łazienki, w której obecnie króluje dąb szczotkowany, a która była już czarna i czerwona. - To jest ciągła, choć subtelna ewolucja - mówi o wnętrzach Łukasik. - Zdarza się, że wracamy z podróży np. z dywanem, zmieniamy jakiś mebel, ale w przypadku mojego domu było istotne, i rodzina to przyjęła, by w sposób wierny podporządkować się strukturze domu. Bo przecież my nie budowaliśmy go od podstaw. Jednak przyznaje, że ta „mała prywatna kolekcja” mebli wcale taka mała nie jest. Na szczęście architekt właśnie mebluje drugie mieszkanie, w Warszawie, na Pradze. Więc kolekcja zostanie podzielona.

Przestrzeń idealna? Nie. Do domu trzeba codziennie się wdrapać. - Wnieść drewno do kominka albo rower - mówi architekt. Ksiądz na kolędę też musi się wspiąć. Z tego też powodu rzadziej używany jest ogród. Choć by nie chodzić tu z termosem, powstała kuchnia plenerowa. Ale Łukasik nie wyobraża sobie, że mógłby mieszkać gdzie indziej. Choć nieraz słyszał, że nie wytrzyma, że dom wystawiony jest na sprzedaż. W Bolko Lofcie spędzi z rodziną już 12. Wigilię

Konieczny. Arka na zboczu góry

Swoje Wigilie w domu zacznie dopiero liczyć Robert Konieczny, architekt z Katowic. Kiedy w Szczecinie powstawały „Przełomy”, uznane za najlepszy budynek na świecie, w Brennej dobiegała końca budowa domu architekta. Arki na zboczu góry, pozornie przymocowanej do gruntu jedynie jedną krawędzią. Która w zamierzeniu miała być... małym górskim domkiem letniskowym. Ale koncepcja się zmieniła, zamiast 50 metrów jest ich 140, zamiast kamiennej podmurówki - beton, zamiast okapów - betonowy dach. Wycieczki? Też są, ale mają trudniej, bo sam dojazd do Arki to już spore wyzwanie.

Dom Koniecznego naszpikowany jest elektroniką. Jak skomplikowana to konstrukcja, a dom stoi przecież na zboczu, na terenie zagrożonym osunięciami się ziemi, to temat na zupełnie inną opowieść. Trzeba wspomnieć jednak, że przeprojektowanie domu z góralskiej chatki na Arkę zajęło architektowi zaledwie trzy dni, zaś rysunki powstawały na... papierze śniadaniowym. O koncepcji domu Konieczny mówi: ważna dla mnie była szczerość architektury.

Żeby do domu wejść, trzeba opuścić zwodzony most i odsunąć betonową ścianę. Zresztą sam dom to też most - na poziomie gruntu jest prześwit, przez który może swobodnie przepływać woda. Beton króluje też w środku, na podłodze. - Drewno mamy w mieszkaniu w Katowicach, tu potrzeba było materiału wytrzymałego - opowiada architekt. Na ścianach jest stal. Ocieplenie wykonano nietypowo, bo specjalną pianką. Niektórych ścian nie ma wcale, bo zastępują je ogromne tafle szkła: ograniczanie widoku w stronę Błatniej byłoby przecież zbrodnią. Z tego samego powodu działka nie jest ogrodzona płotem. „Dom właściwy”, czyli część ogrzewana, otoczony jest tarasami, co daje w efekcie podwójne szklane tafle wokół. Ale szyby można przesunąć i wtedy góry niemal wchodzą do środka, odbijając się dodatkowo w stalowych ścianach. W środku jest i drewno, jesion, np. w zabudowie kuchni. Choć schowany w stalowej tubie, jest i kominek. Córki swoje pokoje już zapełniły zabawkami i rysunkami. Są też miękkie szare zasłony, trochę roślin - to zasługa żony. - Chciałem, by we wnętrzu było spokojnie - opowiada architekt. Żona jest też odpowiedzialna za powstającą właśnie koncepcję ogrodu. Bo gdzie go założyć, skoro wszędzie jest pod górę albo z góry, i nawet kamienna ścieżka do drzwi poprowadzona jest zakosami, bo tak mocne jest nachylenie? Stanęło na tym, że owocowe drzewa zostaną posadzone poniżej Arki. A płot? Raczej go nie będzie, bo wówczas wokół domu nie mogłyby spacerować konie sąsiadów, a inne zwierzęta nie znalazłyby pod domem schronienia. - Bo to jest prawdziwa Arka - śmieje się architekt.

Słynne domy
Piotr Śmierzewski z pracowni HS99 ma na obrzeżach Koszalina dom - ceglany kontener w kształcie litery „S”. Nowoczesny, ale kamienny dom Ewy i Stefana Kuryłowiczów jest w Kazimierzu Dolnym. A na dom Zofii i Oskara Hansenów nad Bugiem mówi się „owczarnia”.

Dorota Niećko

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.